nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

"Urbs ex nihilo", https://e-elewator.org/, 01.11.2025

copyright © https://e-elewator.org/ 2025


Sytuacja trochę z Indiany Jonesa (w cudzysłowie oczywiście), a zarazem jak z życia wzięta. Współcześnie polskiego, a przy tym modelowo prowincjonalnego.
Oto w pewnej małej miejscowości — jej nazwa Niemieścin to jakby echo satyrycznych powiastek w duchu Ignacego Krasińskiego — tęskniącej za statusem miasta, znużeni swą nudną pracą archiwiści odkrywają tajemniczy rękopis, a równocześnie — przypadkiem — na niemieścińskim placu odsłonięte zostają mury zagadkowej budowli. Czyżby natrafiono na ślady szalonego i śmiałego, lecz realizowanego całkiem serio, projektu sprzed lat: stworzenia miasta idealnego, od fundamentów — tyleż ideowych (rękopis), co materialnych (mury budowli)?
„Urbs ex nihilo” — nowa powieść Piotra Michałowskiego, szczecińskiego poety i literaturoznawcy, profesora US — podobnie jak niemieścińskie projekty — zbudowana jest na atrakcyjnym i nośnym pomyśle. W przypadku książki — fabularnym, a dla jej autora, znanego między innymi ze świetnych persyflaży poetyckich, czyli przemawiania głosem innych poetów, poniekąd też gatunkowym.
Bo proponuje nam on powieść na pozór przygodową, w swojej warstwie głębszej społeczno-obyczajową, a de facto psychologiczną, będącą w gruncie rzeczy grą z wszystkimi tymi konwencjami; taką, na którą pozwolić sobie może właśnie ktoś, kto biegły jest w rozpoznaniach tudzież imitacjach literackich.
Wszystko sprawia wszak wrażenie szczuki z „Pana Tadeusza”, owej niezwykłej potrawy podanej podczas zamkowej uczty; ryby, która była „nie krojona / U głowy przysmażona, w środku pieczona / A mająca potrawkę z sosem u ogona”.
Wróćmy tedy do fabuły od strony kuchni i przyjrzyjmy się metodzie.
Trójka archiwistów-odkrywców, pogrążonych na co dzień w jałowej egzystencji nikomu niepotrzebnej instytucji w prowincjonalnym grajdole — Iwona, Rafał i Wiktor — trochę mimo woli, ale i z rosnącej potrzeby (Niemieścina i własnej) — postanawia z okazji skorzystać. Podejmują więc naukowe śledztwo, które z wolna staje się przygodą ich życia, wpisując się równocześnie w plany miejscowych włodarzy, którzy chcą uczynić z lokalnego odkrycia ogólnopolską sensację, aby wykorzystać ją jako argument na rzecz przyznania Niemieścinowi praw miejskich.
Narratorem całej historii (pomijając obszerne cytaty z tajemniczego rękopisu) jest Wiktor, który przybył do miasteczka „ze świata”, co pozwala mu na zastaną rzeczywistość spoglądać z dystansem, ale że sam bywa równie „prowincjonalny” jak miejsce, do którego trafił, gra w Indianę Jonesa tyleż go cieszy i zajmuje, co przerasta. Będąc entuzjastą realizowanego wespół w zespół planu, ma też do niego stosunek ambiwalentny, a wciągany przez lokalne bagienko, satysfakcjonuje się w efekcie tym jedynie, że pozwala sobie na miłosny triumf i „prowincjonalny romans”. Toteż to, co próbuje zrealizować — w życiu zawodowym, jak i prywatnym — okazuje się dość szybko poza jego zasięgiem, a sytuacja obnaża przed nim swoją sztuczność, nierealność i gogolowski zgoła — bo karykaturalno-dramatyczny — kontekst.
Prawda, którą niemieścińska społeczność zamierza uczynić fundamentem swoich ożywionych ambicji, odkrywa przed Wiktorem swą powierzchowność, aż w końcu przeistacza się w wygodne dla wszystkich kłamstwo. Z łaciny wzięty tytuł książki — „Urbs ex nihilo” — czyli: miasto z niczego — ujawnia tu swoje znaczenie podwójne. Bo nie tylko szalony i piękny pomysł nieznanego z imienia fundatora i założyciela — nieukończonego — Miasta tym mianem można by określić, lecz i efekt niemieścińskich ambicji i projektów: z Niczego nie da się zbudować Czegoś. Czegoś, co byłoby naprawdę. Bo naprawę było (jest) niewiele więcej niż Nic.
Rozsypujące się plany Niemieścina i Wiktora to jakby dodatkowy wątek, najgłębiej ukryty rdzeń powieści. Mimo z lekka satyrycznego tonu, licznych mrugnięć okiem i dowcipnego w wielu fragmentach języka (styl rękopisu sprzed lat — znakomicie oddany!), jest to jednak ciężki dla książki Piotra Michałowskiego balast.
Narracja jest wprawdzie interesująco meandryczna, ale że narrator — czyli Wiktor — to typ wielkomiejskiego nudziarza mądrali, opowieść snuje się dość leniwie, a powodzenie niemieścińskich planów od początku zdaje się być skazane na porażkę. Co niestety nie uatrakcyjnia lektury i odbiera jej część atutów wpisanych w tak wiele dający możliwości scenariusz.
Z drugiej jednak strony, jeśli rozsmakować się w owej narracji (podobnie jak mury „urbs”, nieukończone w skali, która była mu pisana), otrzymamy lekturę równie smaczną (a wielosmakową jak owa szczuka z „Pana Tadeusza”), co i pożywną. Pełną starych, dobrych ingrediencji oraz rodzynków do wydłubania.
Wiktor zyska na przykład rysy Obłomowa, a społeczność Niemieścina ukaże się nam jako mieszańcy prozy Suchowo-Kobylina, całość zaś powieści uznać będziemy mogli za oryginalny przykład prozy inteligentnej i kunsztownej.
Paweł Albo Poczytalion


Piotr Michałowski Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miastahttp://www.wforma.eu/urbs-ex-nihilo-raport-z-porzuconego-miasta.html