copyright © https://e-elewator.org/ 2025
Sytuacja trochę z Indiany Jonesa (w cudzysłowie oczywiście), a zarazem jak z życia wzięta. Współcześnie polskiego, a przy tym modelowo prowincjonalnego.
Oto w pewnej małej miejscowości — jej nazwa Niemieścin to jakby echo satyrycznych powiastek w duchu Ignacego Krasińskiego — tęskniącej za statusem miasta, znużeni swą nudną pracą archiwiści odkrywają tajemniczy rękopis, a równocześnie — przypadkiem — na niemieścińskim placu odsłonięte zostają mury zagadkowej budowli. Czyżby natrafiono na ślady szalonego i śmiałego, lecz realizowanego całkiem serio, projektu sprzed lat: stworzenia miasta idealnego, od fundamentów — tyleż ideowych (rękopis), co materialnych (mury budowli)?
„Urbs ex nihilo” — nowa powieść Piotra Michałowskiego, szczecińskiego poety i literaturoznawcy, profesora US — podobnie jak niemieścińskie projekty — zbudowana jest na atrakcyjnym i nośnym pomyśle. W przypadku książki — fabularnym, a dla jej autora, znanego między innymi ze świetnych persyflaży poetyckich, czyli przemawiania głosem innych poetów, poniekąd też gatunkowym.
Bo proponuje nam on powieść na pozór przygodową, w swojej warstwie głębszej społeczno-obyczajową, a de facto psychologiczną, będącą w gruncie rzeczy grą z wszystkimi tymi konwencjami; taką, na którą pozwolić sobie może właśnie ktoś, kto biegły jest w rozpoznaniach tudzież imitacjach literackich.
Wszystko sprawia wszak wrażenie szczuki z „Pana Tadeusza”, owej niezwykłej potrawy podanej podczas zamkowej uczty; ryby, która była „nie krojona / U głowy przysmażona, w środku pieczona / A mająca potrawkę z sosem u ogona”.
Wróćmy tedy do fabuły od strony kuchni i przyjrzyjmy się metodzie.
Trójka archiwistów-odkrywców, pogrążonych na co dzień w jałowej egzystencji nikomu niepotrzebnej instytucji w prowincjonalnym grajdole — Iwona, Rafał i Wiktor — trochę mimo woli, ale i z rosnącej potrzeby (Niemieścina i własnej) — postanawia z okazji skorzystać. Podejmują więc naukowe śledztwo, które z wolna staje się przygodą ich życia, wpisując się równocześnie w plany miejscowych włodarzy, którzy chcą uczynić z lokalnego odkrycia ogólnopolską sensację, aby wykorzystać ją jako argument na rzecz przyznania Niemieścinowi praw miejskich.
Narratorem całej historii (pomijając obszerne cytaty z tajemniczego rękopisu) jest Wiktor, który przybył do miasteczka „ze świata”, co pozwala mu na zastaną rzeczywistość spoglądać z dystansem, ale że sam bywa równie „prowincjonalny” jak miejsce, do którego trafił, gra w Indianę Jonesa tyleż go cieszy i zajmuje, co przerasta. Będąc entuzjastą realizowanego wespół w zespół planu, ma też do niego stosunek ambiwalentny, a wciągany przez lokalne bagienko, satysfakcjonuje się w efekcie tym jedynie, że pozwala sobie na miłosny triumf i „prowincjonalny romans”. Toteż to, co próbuje zrealizować — w życiu zawodowym, jak i prywatnym — okazuje się dość szybko poza jego zasięgiem, a sytuacja obnaża przed nim swoją sztuczność, nierealność i gogolowski zgoła — bo karykaturalno-dramatyczny — kontekst.
Prawda, którą niemieścińska społeczność zamierza uczynić fundamentem swoich ożywionych ambicji, odkrywa przed Wiktorem swą powierzchowność, aż w końcu przeistacza się w wygodne dla wszystkich kłamstwo. Z łaciny wzięty tytuł książki — „Urbs ex nihilo” — czyli: miasto z niczego — ujawnia tu swoje znaczenie podwójne. Bo nie tylko szalony i piękny pomysł nieznanego z imienia fundatora i założyciela — nieukończonego — Miasta tym mianem można by określić, lecz i efekt niemieścińskich ambicji i projektów: z Niczego nie da się zbudować Czegoś. Czegoś, co byłoby naprawdę. Bo naprawę było (jest) niewiele więcej niż Nic.
Rozsypujące się plany Niemieścina i Wiktora to jakby dodatkowy wątek, najgłębiej ukryty rdzeń powieści. Mimo z lekka satyrycznego tonu, licznych mrugnięć okiem i dowcipnego w wielu fragmentach języka (styl rękopisu sprzed lat — znakomicie oddany!), jest to jednak ciężki dla książki Piotra Michałowskiego balast.
Narracja jest wprawdzie interesująco meandryczna, ale że narrator — czyli Wiktor — to typ wielkomiejskiego nudziarza mądrali, opowieść snuje się dość leniwie, a powodzenie niemieścińskich planów od początku zdaje się być skazane na porażkę. Co niestety nie uatrakcyjnia lektury i odbiera jej część atutów wpisanych w tak wiele dający możliwości scenariusz.
Z drugiej jednak strony, jeśli rozsmakować się w owej narracji (podobnie jak mury „urbs”, nieukończone w skali, która była mu pisana), otrzymamy lekturę równie smaczną (a wielosmakową jak owa szczuka z „Pana Tadeusza”), co i pożywną. Pełną starych, dobrych ingrediencji oraz rodzynków do wydłubania.
Wiktor zyska na przykład rysy Obłomowa, a społeczność Niemieścina ukaże się nam jako mieszańcy prozy Suchowo-Kobylina, całość zaś powieści uznać będziemy mogli za oryginalny przykład prozy inteligentnej i kunsztownej.
Paweł Albo Poczytalion
Piotr Michałowski Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta — http://www.wforma.eu/urbs-ex-nihilo-raport-z-porzuconego-miasta.html