17 września 1985
Wpychaliśmy do pociągu dzieci kolonijne, którymi się tu opiekowaliśmy jako wychowawcy. Gdy pociąg ruszał, w ostatniej chwili wyskoczyliśmy na peron, dzieci odjechały. Aby nie zostać samej, przyłączyłam się do kliki wychowawców, było ich wielu w półciemnościach. Członków tej organizacji charakteryzowała pedanteria odnosząca się do rzeczy, nie do ludzi. W domach mieli srebrzyście powyklejane folią aluminiową nawet rondle. Trzymali się twardo swoich reguł, co oznaczało posłuszeństwo wyższej kadrze. Wiedzieli, że jest w tym jakiś praktyczny, życiowy cel i że takie postępowanie łamie duszę jak upór, jednak byli w tym bezwzględni. O dzieci nikt nie dbał, z dziećmi nikt się nie liczył.
© Marta Zelwan