Widzę białe Słońce przez zroszoną szybę. Pierwszy śnieg na gałęziach i grzbietach małych dinozaurów, które przyczaiły się między domami jako samochody. To Księżyc powinien być białą tarczą, nie Słońce, o ile z herezji symboli mogę coś wywnioskować. Przestrzeń wewnętrzna okazuje się o wiele większa niż przestrzeń zewnętrzna, mam na to sny. I są też paradoksalne przypisy alchemiczne w „Mysterium coniunctionis”, które zawsze bardzo mnie cieszyły, a teraz świecenie rozszerza się na wszystkie strony równocześnie, świat wreszcie się jawi czy w ogóle zjawia, w czwartym dniu Słońce wydostaje się z zasięgu nowiu za pomocą błyszczenia, taka jest w tej chwili widzialna kwintesencja. W czasie, kiedy o tym piszę, wysychają szyby.
PS. W czasie, kiedy przestaję pisać i wychodzę stąd, dowiaduję się, że umarł Stanisław Barańczak.
© Marta Zelwan