Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Piszesz, Krzysztofie, że nasza rola może wcale znowu nie być tak istotna. Nie wiem, nie rozumiem bowiem, czym w ogóle jest rola ludzka. Czym ją tłumaczyć, jak ją definiować? Jak człowiek pozyskuje ją dla siebie? Czy w końcu pozyskuje, czy – że posłużę się tym niejasnym, abstrakcyjnym określeniem – wyemanowuje ją? Wytwarza, wypracowuje – może lepiej? Są chyba w każdym razie dwa kierunki: człowiek nabywa, otrzymuje tzw. rolę albo wydobywa ją z siebie przez pracę, twórczość, odkrywa przez olśnienie. Ani w jednym, ani w drugim wypadku nie możemy założyć jej istotności, ani – tym bardziej – jej wstępnie, arbitralnie oszacować. Poruszamy się w ciemnościach, nawet jeżeli żyjemy w świetle dnia. Dla Ciebie takie orzekanie o świecie musi lub może prowadzić do „skaprawienia”, do zadrażnień, do – jak to wyraziłeś – „przewlekłego, degradującego poczucia straty”. Tymczasem, widzisz, Krzysztofie, jeżeli ktoś utożsamia patos z resentymentem, a nawet – jeżeli ktoś zaledwie uznaje, że oba są ze sobą powiązane (a zdaje się, że tak interpretujesz moje intencje), w sposób dla mnie niekwestionowany, w sposób, którego nie potrafię osłabić, podważyć – owszem: doprowadza siebie do kolapsu.
Ja tymczasem mówię. I mówię jedynie z obawy (i po trosze z gniewu, że nie chcemy patosu zinterpretować, zdekonstruować, zrozumieć na prawach tolerancji środków wyrazu). Czego się obawiam? Otóż, boję się złego kandydowskiego rezultatu – że „trzeba pielęgnować swój własny ogród(-ek)”. Że skutek skutkiem – nasza rola nie jest aż tak istotna (uważam, że to stwierdzenie równie apodyktyczne, co stwierdzenie odwrotne: że nasza rola istotna jest; uważam zamiast tego, że dobrym, nieapodyktycznym stwierdzeniem jest orzekanie, że nasza rola staje się lub nie staje się istotna). W podobny sposób jak Tobie, odpowiedziałbym dziś Dariuszowi Łukaszewskiemu, który parę miesięcy temu – w związku z wierszami, które publikowałem – odpisywał mi słowami własnego wiersza: „książki, ach książki, są tańcem powabnym na wietrze / widać to dobrze, gdy gody motyli / oglądać nam przychodzi przez podwójne szkiełko”. Tak, chcę tak jak inni czasu godów i czasu tańca. Boję się tylko „czasu Kandyda”. Tego, że pomylę jeden porządek z drugim. Choć oczywiście nie są strukturalnie symetryczne. Oba jednak w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób pozostają łudząco do siebie podobne, oba o zupełnie innych cenach i konsekwencjach. Także tych ontycznych.