Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Wysłuchuję poetyckiego wykładu Roberta Hampsona. Stopniowo utwierdzam się w przekonaniu, że w Niemożliwości Piety osiągam analogiczny efekt do jego rezultatu referatowego. Istnieje co najmniej jedna tendencja, która łączy jego prelekcję oraz moją powieść: są takie momenty jego szkicu o Conradzie, w których – dałbym głowę, że obaj, nieświadomie, lecz bardzo solidarnie, dążymy do uzyskania jednolitego efektu fundamentalnej obcości w języku. No właśnie, jednolitego. Rzecz w tym, że jest to radykalność naturalna. To, co łączy mnie, artystę i jego, naukowca, to fakt, że zmierzamy w tym samym kierunku, wyzyskując niewyczerpane pokłady zleksykalizowanych form polszczyzny oraz angielszczyzny. Trochę przypomina to gry językowe, jednak toczone jedynie we własnym, jednojęzykowym, jednoznaczeniowym ciele, po trosze – nasuwa to skojarzenia z pejzażami, dla których pracownia będzie plenerem. Co najbardziej zdumiewające, operacje te, w całości oparte na lekkości oraz straceńczości prób, kończą się powodzeniem. Nie wiem, czy jest to kwestia kompetencji, albo dyspozycji językowych. Czuję się tak, jakbyśmy byli w posiadaniu ziół przyprawiających o szaleństwo, bezgłośnie dzieląc pomiędzy siebie jakąś wstydliwą tajemnicę. Ja i Hampson – Hampson wraz ze mną.
Wczoraj, przecinając w długiej drodze na d’Orsay La Place d’Iéna, uzmysłowiłem sobie, że nie ma różnicy pomiędzy tym, co w swojej powieści nazywam utopią Piety a tym, co Lem skłonny byłby nazwać utopią Kontaktu – z obcymi inteligencjami. Przyglądając się w d’Orsay Źródłu Ingres’a, gotów byłbym zaryzykować stwierdzenie kolejne, że Głos Pana i Niemożliwość Piety dzieli od siebie jedynie ciepłe i wilgotne sąsiedztwo: a zatem dokładnie tyle, ile na portrecie Henri Latoura, Coin de table – oddala Verlaine’a od Valade’a (a oddala ich od siebie tylko… Arthur Rimbaud).