Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Krystynie Pycińskiej-Taylor
z wdzięcznością
Szósty dzień po powrocie
„Maria Stuart” w warszawskim Teatrze Narodowym... Spektakl w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, podobno – już czwartka „stuartka” w jego karierze teatralnej. Stenka w roli Elżbiety, fasadowa, na granicy stłumionej psychodramy – jak piszą krytycy. Ekspresyjna w dobrym tego słowa znaczeniu Gorodecka, dodają, niezłe uosobienie „dzieciństwa winy”: nic dalszego od Joyce’a, zdawałoby się. A jednak – wciąż czuję się zanurzony w joyce’owskim tonie. Joyce’owskość wsączam w cały ten monumentalizm, ten schilleryzm, przelewam do wspólnej zlewki, z której gdy chwilę odpocznę – ukształtuję dorzecze, powiadam sobie, jak egzaltowany, niedoświadczony laborant. W tym stanie przeprowadzam pierwszą próbę myślową („mental test”): co, jeśliby nie James Joyce, ale Friedrich Schiller przyszedł na świat na Eccles Street? Na przykład: jako Frederick Schiller-Irlandczyk? Przez niewielki moment wyobrażam sobie Schillera wędrującego po kampusie Trinity College, nie dość tego jeszcze – szwendającego się po Sandycove Beach jak złodziej. „Szwenda” – a niech mnie! – istna „szwenda”, patrzcie, „niemcuje” nasz łazik – powiadaliby jego koledzy z Northside i Southside... Norwida nazywano „Anglikiem”, przez młodzieńczy wygląd, przez usposobienie – czemu zatem Schillera, Schillera-już-Irlandczyka nie nazywać „Niemcem”?
I ten sam Schiller, długo po wieku chrystusowym (trzydzieści trzy lata na takie dzieło nie wystarczą), w wieku czterdziestu lat, pisze „Ulissesa”, a ja w „MoLI” oglądam „Ulissesa” Fredericka Schillera – nie „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. „Ulissesa” Joyce’a po prostu nie ma – dokładnie w tym samym, irracjonalnym, tych słów, znaczeniu, co u... Lechonia – „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Z wielką ekscytacją napisałbym podobną historię o dublińskim życiu Schillera, i o Schillerowskim „Ulissesie”. Stenka grałaby Molly Bloom. Byłaby to powieść. Nazwałbym ją (jeszcze w podtytule) – „Wielką Powieścią Kontrfaktyczną” („Great Counterfactual Long Room Story”). „Long Room Story”, „Long Rooms Stories” – to przecież nie tylko nawiązanie, to wydarzenie z nawiązaniem, coś więcej aniżeli sprytna gra słowna. Niech mnie, raz się żyje! Wyobrażam sobie wielki zbiór „Long Room Stories”, coś na kształt irlandzkiego „Dekameronu”. A co, jeżeliby był czytany na głos w rzeczywistym Long Room, jako część adoracji, adoracji eucharystycznej świętej Book of Kells? Mój sen irlandzki trwa wbrew mojej woli. To sen historii literatury, gdzie sztywny racjonalny pancerz historycznoliterackiej opowieści pęka, a pojęcia cudownie zdają się ze sobą mieszać. Wierzę, że ta wymieszana, osmotyczna jedność ma zadatki na bycie eucharystyczną. Czego więcej nam trzeba – jeżeli Schiller pisze „Ulissesa”, a „long room stories” okazuje się gatunkiem otwierającym zamknięte klucz wrota wszystkich europejskich literatur?
To moja słabość, i osobliwość jednocześnie. Wierzę w mit wielkiej literackiej jedni, utopii jednolitości. A Dublin dostarcza podstaw do podobnych nadziei. Przecież to literackie „złote miasto”, wyspa na wyspie – kolonia zdominowana przez Yeatsa, Synge’a, Wilde’a, Shawa, Joyce’a, Becketta, Kavanagha – a do tego jeszcze: przez poszczególnych członków poszczególnych sekt od wezwania tamtych. Po części więc – Baconowska Nowa Atlantyda, literacka „New Atlantis”. Zachowałem zdjęcia murów Martello Tower (dotarliśmy do wieży późnym popołudniem) – tutaj rozgrywały się pierwsze wydarzenia „Ulissesa” – z nadzieją, że będę mógł je wykorzystać w osobistym projekcie, jako fotografie wewnątrz zredagowanego niedawno tomu poetyckiego, „Fitzclarence”. W skupieniu i w narastającym przekonaniu, że rezonują zadziwiająco dobrze, odczytałem wybrane wiersze stamtąd w Domu Polskim (na Fitzwilliam Place 20). „Fitz-”, „fitz-” podwójne właściwie, „Fitzclarence” na Fitzwilliam: może więc warto wspomnieć, że odnosiłem się do tego przedrostka całkowicie świadomie, równocześnie nawiązując do „syna przejrzystości” („clarence”, chociaż oznacza zupełnie co innego, kojarzy się z „clarity”), jak i do „Fitzcarraldo” – wielkiego filmu Wernera Herzoga, zupełnie dla mnie symbolicznego.
Poemat „Autodafe” (ktoś nazwał niedawno cały utwór „dziennikiem bez dat”) odczytywałem z trudem. Nie potrafiłem rozeznać sytuacji – a przede wszystkim tego, na ile zdołam zaangażować do tak abstrakcyjnej oraz hermetycznej lektury innych, niewtajemniczonych, wprowadzając de facto, niczym do mitycznego Hyperboreum, w sam środek pisanego przez całe lata trudnego tekstu – mojego najtrudniejszego... Jest w „Ulissesie” osobliwa anegdota o nocnej robinsonadzie dwóch pijaczków zabierających się za poszukiwanie „półmogiłki” na cmentarzu Glasnevin. W końcu znajdują, czego szukali, czyli – „niejakiego Mulcahy’ego z Coombe”. „Półmogiłka” rzekomego biedaka okazuje się niczego sobie grobowcem z okazałym pomnikiem Zbawiciela u szczytu. Jeden z szaławiłów wybucha na ten widok śmiechem: Mesjasz Pan w niczym nie przypomina mu bowiem zmarłego – jest „tępo”, jest „diablo” niepodobny (a przecież podobny być powinien, skoro grób ma być przyzwoity).
© Karol Samsel