Idea bezwzględnego oddania jest mi obca, chociaż medytacja o radykalnej wolności ślepego narzędzia może, jak mi się wydaje, być źródłem pewnej mistyki. Na co trzeba tu uważać w pierwszym rzędzie? Na to, by się nie pogubić w tym mistycyzmie, zatem, nie uprawiać mistycyzmu przywileju, myśląc, że ma się w ten sposób cokolwiek wspólnego z idealizmem wolności. Przywilejów, jakie daje wolność, gdy jest się uważnym, nie można pomylić z niczym, w tym także z przywilejami, jakie daje wierność. Naszym zadaniem jako pisarzy jest zawsze wybierać przywileje wolności kosztem przywilejów wierności. O tym również mówi Wajda, uruchomiono jubileuszowy serwis wajda.tvp.pl, na którym można, między innymi, posłuchać o idei afrykańskiego Kordiana, którego chciał stworzyć oraz o niemiecko-polskiej koprodukcji „Jądra ciemności”, którą usiłował zrealizować, kładąc swój nacisk na europejskie wykształcenie Marlowa i Kurtza, przenosząc ciężar z afrykańskiej opowieści na dominującą europejską ramę: Kurtz i Marlow byliby studentami, może nawet pracownikami Heidelbergu, pierwszą wersję scenariusza Wajda napisał wraz z Andrzejem Żuławskim, a więc gdyby sam bieg wypadków potoczył się inaczej — posiadalibyśmy na wysokości 1970-1975 lub 1975-1980 roku polskie „Jądro ciemności” w reżyserii Wajdy i Żuławskiego, zrobione — jak mi się zdaje — w stylu frenetycznym, choć niepozbawionym cywilizacyjności, coś może w rodzaju późniejszego „Europa, Europa” (oczywiście bez rysów typowo hollandowskich). Daje do myślenia ta afrykańska uniwersalność „Kordiana”, od razu myślę o czymś podobnie globalizowanym ze swojej wewnętrznej lokalności — australijska uniwersalność „Primy” itd.? Uzmysławiam sobie dziś nad ranem, ile okazuję, tak mi się w każdym razie zdaje, niewypowiedzianej niechęci do ludzi. Czy to aby na pewno lepsze od teatralno-reklamowej chęci, teatru apetytu na wszystko, który dzisiaj tak bardzo promują media? Może ta niechęć jest źródłową formą antyliteratury? A jeżeli nie źródłową, to — stylistyczną. Czy źle ukrywana niechęć nie może być odpowiedzią na źle ukrywaną chęć: grafomański teatr chęci, misterium apetytu na wszystko, czyli na nic? Poza tym — sam już sposób, w jaki Wajda myśli o afrykańskim „Kordianie”, łączę z tym, co czytam na temat renesansowej magii naturalnej u Anthony’ego Graftona. Pracuję nad tym, aby dokończyć korektę dwustu stron „Primy” najpóźniej do 4 maja, to będzie już pierwsza jedna piąta całości, to chyba dość dobra myśl — podzielić tę korektę na pięć okołodwustustronicowych przesyłek.
Mam wiele cech wspólnych z renesansowymi magami, renesansowy mag przede wszystkim nawoływał do ascezy — tak jak ja nawołuję, choćby mówiąc o ascezie seksualnej oraz głosząc literacką apologię masturbacji. Jeszcze jedno — renesansowy mag traktuje, jak pisze Grafton, część swoich konkurentów jak szarlatanów. Powiedziałbym, że nie docenia renesansów magów — dla XVI-wiecznego maga wszyscy konkurenci są szarlatanami, stąd zapewne pochodzi także mój zoilowski klimat „Praktyk”, głęboko antykrytycznoliteracki i antyteoretycznoliteracki. Co innego robię, gdy twierdzę, że Myśliwski albo Konwicki byli szarlatanami? Postępuję, najwyraźniej, jak renesansowy mag, współcześnie funkcjonujący, niejako w awanturniczy sposób, w administracyjnych strukturach UW. Awanturniczy więc szczyt UW — to w pewnym sensie właśnie ja.
Tradycyjne sposoby ludzkich zatrudnień przemijają, choćby chodzenie do muzeów, oglądanie wystaw, czytanie książek oraz uprawianie seksu. Dzisiaj, w pokoju hotelowym, można robić o tyleż więcej niż uprawiać tylko sam seks, który poza czytaniem i muzeami nasuwał się właściwie jako jedyny na myśl jeszcze w 1978 czy 1988 roku. To wirtualny — alkohol, niekiedy wysokoprocentowy: ilość wirtualnych zatrudnień, którym można dać się pochłonąć z niczego — bez żadnego przygotowania (którego na przykład seks wymaga) jest oszałamiająca. Można żyć w swoistej narkomanii stylów i wzorów zachowań, dlatego tak uważnie musimy strzec naszych sposobów zachowania, samego stylu podejmowania tych właśnie, a nie innych czynności. Na początku były słodkie słówka, a słodkie słówka były u Boga i Bogiem były słodkie słówka. Słodkie słówka w wersji Janowej. Jak przyjemnie się kołysać się. Słodki logocentryzm, słodki tak bardzo, że nie do przyjęcia. Współpracując z Ochraną, może zawiniłbym mniej, niż współpracując z radiem i telewizją? Z drugiej strony, właściwie — kiedy oskarża się „Autodafe 1-9” o szarlatanerię, to postępuje się drogą renesansowego maga wszędzie dostrzegającego swoich — może bardziej dosłownych, może bardziej wulgarnych, bardziej grafomańskich — konkurentów. Dziś łatwo nazwać niejedno bełkotem albo grafomanią, o wiele trudniej nazwać to szarlatanerią — słowo to przydałoby bowiem niebezpiecznego znaczenia temu, co usiłujemy zwalczyć... W spolaryzowanych społeczeństwach, a takim jest społeczeństwo polskie XX i XX wieku — trudno docenić dar szarlatanerii. Gdyby zaś został on doceniony, o wiele łatwiej byłoby go utrwalić, a nawet utrzymać. Prawo szarlatanerii to ważne, fundamentalne, co więcej globalne prawo, którego respektowania powinniśmy w sferze kultury uczyć się od Europy Zachodniej. Myślę, że nie będzie krzywdzącym uproszczeniem, gdy powiem, że Europa Wschodnia pali swoich szarlatanów. Trela u Edwarda Żebrowskiego nie ustępuje Holoubkowi, ale to Holoubek tu zaczyna swoje wielkie emploi, jako sędzia śledczy — intelektualnych nadludzi takich, jak Woland z „Mistrza i Małgorzaty”, nokautujących inteligencją innych, zanurzonych w los i w historię. Nokautujących zwyczajność. Holoubek jest właściwie bardzo nietzscheański, to najbardziej nietzscheański aktor polskiego kina i teatru. „Mistrza i Małgorzatę” z 1988 roku obejrzałem w wieku dwunastu lat. Dziś rozumiem lepiej, że to od Holoubka i od Wolanda uczyłem się makiawelizmu i nietzscheanizmu. Co to znaczy? To znaczy, nie mam niczego wspólnego z waszymi Mistrzami ani z waszymi Małgorzatami.
Cały czas oglądam W „biały dzień”. Role, które odgrywa Krystyna Janda w 1980 roku, w 2015 odgrywa Magdalena Boczarska, czy zgodnie z prawem Ballanche’a powinienem zakładać, że w takim razie: Boczarska w jakimś 2040 lub 2045 roku założy swój własny teatr na podobieństwo „Polonii”. „W biały dzień” to adaptacja powieści Władysława Terleckiego, Boczarska grała w adaptacji Szczepana Twardocha. Czy to znaczy — zgodnie z prawem Ballanche’a — że Twardoch to Terlecki XXI wieku, ten już Terlecki, na jakiego zasługujemy? Czy prawo Ballanche’a — tak przedstawione — nie jest aby dandyzmem w myśleniu? Czy ruch w dandyzmie, powolny, ale jednak „transportujący” przepływ energii w dandyzmie, nie polega tylko na „pozorowaniu pozorowanego” — by nie rzec wręcz, że na przeniesieniu się do weselszej klatki? Zapowiadamy wraz z Pawłem nad ranem 1 maja trzynaście części „Autodafe”, wyraźnie sygnalizując, że trzynasta część poematu będzie już ostatnia, formalnie informację adresujemy do Piotra Korczyńskiego, który przygotować winien, kolejne cztery okładki. „Autodafe 10-13” należałoby wydać w latach 2027-2030. Czytelnik to tragizm nadużytej cierpliwości, nie komizm niedosytu, od którego stale odcinalibyśmy kupony dla pisarstwa, myślę. W „Białym dniu” już siedemdziesiąta minuta i Kolberger z wypadającą gałką oczną. Świetne, obrzydliwe, niedające się więc sprostytuować estetyką. Definicja kampu. Ale to kamp jako definicja wierności, a wierność wypływająca z kampu może być źródłem wzniosłości. Co na to współczesna estetyka konwulsyjnych pozdrowień, niczym z serwisów społecznościowych — państwo składa się ze społeczeństw, nie ze społeczności — państwo, również państwo Platona, przede wszystkim — państwo Platona (również takie, jak Polska) składa się z kampu, nie zaś z estetyki. Kwestia smaku? Herbertowska? Smak zdradził naszą etykę i metafizykę — mało tego — smak dawno opuścił nasze kościoły, co prawda — kiedyś sprzymierzał się z aniołami, a więc pisało się o nim, że „Potęga smaku” itd., ale dziś sprzymierza się z faunami. Starałem się, by dojrzały we mnie wszystkie możliwe składniki, z jakimi miałem kiedykolwiek do czynienia, by niczego nie zgubić, ażeby — mówiono: „Ależ to wszystko pięknie w nim dojrzało”: i nauka, i proza, i filozofia, i literatura, i poezja — człowiek cały, który niczego nie zgubił, wmawiając sobie cokolwiek, że tak musiało być — i było to jego wyborem, jego losem... Człowiek cały, taki, który wziął wszystko i niczego nie stracił — „interintellectus”, można powiedzieć... Literatura uboga, tak bym powiedział, literatura cała to literatura uboga, chyba można tak to określić, skoro wiele lat mówiło się o teatrze ubogim? Naturalnie, muszę dbać o to, by w całym swoim wallenrodyzmie i makiawelizmie nie popaść w złudzenia młodego bojowca, dlatego — przypomina to wszystko taniec impresjonizmu na zapadniach, ale dopiero przy samym uwzględnieniu zapadni rodzi się sztuka. I choć współczesna poezja będzie nas o czym innym przekonywać — bez zapadni nie ma impresjonizmu. Uprawiasz więc impresjonizm? Pokaż zapadnie, których trudności opanowałeś. Uprawiasz symbolizm? Pokaż swoje blizny — i tak dalej. Dobry impresjonista — przechodzi przez wszystkie sabaty nienawiści, które są mu organizowane — tym bardziej dobry symbolista. Mój dar wyrażania? Mam złote jabłko — z ogrodu Hesperyd. Mam temu pozwolić zgnić? Jeszcze czego...! A może mam pozwolić wypalić wam ten ogród do ziemi waszymi miotaczami ognia? Byście mieli ze mnie oraz z mojego dzieła swoje „Lebensraum”? Penis, który należy wypełnić ogładą, staje się berłem — jedynie berłem z penisa... Wypełniam się cynizmem, by być wolnym od występku. Zatem wypełniać się cynizmem z powodów całkowicie etycznych... Pamiętajmy, proszę — o tym jednym, co nas jednoczy — jednoczy nas konflikt. Tak, konflikt, nijak nie chce być inaczej. Jesteśmy najbardziej gnostyckim narodem na Ziemi — my, Polacy. Prześcigamy Żydów — przerastamy ich o głowę, jeżeli nie o las głów... Bardzo proszę, porozmawiajmy o tym, kto dzisiaj jest pierwszym polskim bawidajmkiem i oczajduszą — na pewno nie ja. Może pora przywołać kobiety? Oczajduszki? A zatem, czy rozmawiamy w końcu o zniewieściałości kobiet? Czy XXI wiek to dobra chwila, ażeby w końcu porozmawiać o tym szczerze?
© Karol Samsel