Tak w tej chwili wygląda, gwałtowny, połamany kościec, przyjdzie ciało, skóra, perspektywa powietrzna, ale tak rysuje się początek nazywania.
Już ciemno, po ciemku milczę, jest dobrze, wieje, leżę obok siebie, oś jest we mnie, on potrzebuje być ramieniem, jestem osią nas obu, milknę.
Pokój w którym się znika od niepogodzenia, sprzeciwu, nawet nienawiści, przemieszanych z pragnieniem rozpłynięcia się, zniknięcia, zaprzeczenia, że kiedykolwiek się było, że potrzebuję do życia jak tlenu nazywania każdej chwili, tych sprzeczności dających się pogodzić, jeśli przyznać się do wszystkich prawd naraz.
© Grzegorz Strumyk