copyright © https://sztukater.pl 2026
Nie jestem pewien, czy potrafię napisać o tej książce w sposób uporządkowany.
I nie chodzi o brak pomysłu czy trudność w uchwyceniu sensu. Raczej o coś odwrotnego: o wrażenie, że każda próba wprowadzenia porządku byłaby wobec niej pewnym uproszczeniem. Bo „Chimera” Ryszarda Lenca nie lubi porządku. A może inaczej — nie wierzy w jego trwałość.
Kiedy czytałem to opowiadanie, które dało tytuł całemu tomowi, wracał do mnie obraz z mitologii: dziwne, nienaturalne stworzenie, posklejane z elementów, które nie powinny do siebie pasować. Lew, koza, wąż — wszystko naraz, wszystko jednocześnie.
W micie sprawa była jasna: chimerę należało pokonać. Potrzebny był bohater. Potrzebny był Pegaz. Dziś nie mam już tej pewności. U Lenca chimera nie jest przeciwnikiem. Nie czai się gdzieś na granicy świata, nie zagraża porządkowi rzeczy. Ona stoi na półce. W doniczce. Jest kaktusem — osobliwym, trochę niepokojącym, trochę fascynującym. Hybrydą, która wbrew wszystkiemu trwa. I nagle to, co było mitem, okazuje się czymś zaskakująco bliskim.
Wraz z kolejnymi opowiadaniami z „Chimery” rosło moje wrażenie, że to nie jest książka o jakimś wydumanym świecie, ale o świecie, który znam. O rzeczywistości, w której wszystko istnieje obok siebie: porządek i chaos, wiara i sceptycyzm, tradycja i jej rozpad.
Nie w konflikcie. Nie w dramatycznym starciu. Raczej w czymś, co jeden z bohaterów nazywa „łagodnym współistnieniem”. I chyba właśnie to jest najbardziej niepokojące.
Jest w tym tomie scena, która została ze mną najmocniej — rozmowa młodego pisarza z krytykiem. Ten drugi ma władzę — symboliczną, ale jednak bardzo realną — zdecydować, czy książka będzie istnieć, czy też zniknie. I gdzieś w tle tej rozmowy pojawia się roślina. Chimera.
Na końcu pada zdanie: „Ponowoczesność proszę pana także tworzy dziwy. (...) literatura jednak oddycha rzeczywistością a ta jest jaka jest. (...) Tak pana twórczość jest chimerą”.
Czytałem je kilka razy. I za każdym razem miałem wrażenie, że nie dotyczy tylko tego bohatera.
„Literatura oddycha rzeczywistością, a ta jest jaka jest” — mówi krytyk. Zdanie proste. I jednocześnie — jak to u Lenca — wielowarstwowe.
Bo czym właściwie jest ta rzeczywistość? Coraz trudniej myśleć o niej jako o polu walki wielkich idei. Nie jest też stabilnym, uporządkowanym systemem, w którym każda rzecz ma swoje miejsce i znaczenie. Raczej przypomina przestrzeń, w której różne porządki istnieją obok siebie: przenikają się, znoszą, czasem wzmacniają, ale prowadzą do ostatecznych rozstrzygnięć.
Można by to nazwać — za bohaterem — „łagodnym współistnieniem”. Swobodnym przepływem myśli, obrazów, znaczeń. Z zewnątrz może to wyglądać jak harmonia. Z wewnątrz — bywa doświadczeniem trudnym do uchwycenia.
Dlatego „Chimera” jest książką wymagającą. Nie trzeba jej czytać linearnie. Nie prowadzi czytelnika za rękę. Nie porządkuje świata w imię jednej nadrzędnej zasady. Nie buduje wygodnych map znaczeń. Zamiast tego proponuje coś innego: uczestnictwo w procesie rozumienia. Powolnego... niepewnego... pełnego... powrotów i dopowiedzeń.
Opowiadania Lenca czyta się czasem z oporem. Trzeba się zatrzymać, wrócić, spróbować inaczej. Ale w pewnym momencie zaczyna się dostrzegać coś, czego na początku nie widać: że ta pozorna niejednorodność jest zamierzona. Że w tej „chimeryczności” kryje się jakaś forma spójności. Nie tyle na poziomie fabuły, co na poziomie doświadczenia. I może dlatego wraca do mnie obraz tej rośliny ze szklarni. „Śliczna, okropna roślinka”.
Im dłużej o tym myślę, tym trudniej traktować tę frazę jako żart czy efektowną puentę. Jest w niej coś więcej. Coś, co nie daje się łatwo zbyć. Bo jeśli ta roślina jest dziełem człowieka — jak mówi jej właściciel — to znaczy, że nie tylko natura, ale i my sami uczestniczymy w tworzeniu tej chimeryczności świata. Nie jesteśmy już obserwatorami. Jesteśmy współtwórcami. Jakbyśmy uszczknęli z mocy Deus Creator Omnium.
I tu pojawia się pytanie, którego Lenc nie stawia wprost, ale które wybrzmiewa między wierszami: czy literatura ma jeszcze ambicję, by ten świat porządkować? Czy może — uczciwiej — ogranicza się do jego opisu?
Nie mam pewności, jaka odpowiedź byłaby właściwa. Ale mam wrażenie, że „Chimera” wybiera drogę trudniejszą. Nie ucieka w iluzję ładu. Nie rozprasza się w chaosie. Niczym w klasyku The Pretenders pozostaje gdzieś „in the middle of the road”.
Trudno objąć, zawarte w tym tomie, opowiadania inaczej niż wybierając jeden punkt odniesienia, więc z dwóch powodów skupiłem się tutaj na opowiadaniu tytułowym. Pierwszy, to oczywista symboliczna reprezentatywność tytułowej „Chimery” dla twórczości Ryszarda Lenca. Drugi powód jest natury praktycznej — na czymś musiałem się skupić. Swojski „Pan Bóg z Czeremchy”, niepokojące „Oblicza chwały”, nostalgiczne „Dwie książk”, trącący Oscarem Wilde „Doktor V. St.”, czy też „Piąta księga” pełnymi garściami czerpiąca ze spuścizny naszej śródziemnomorskiej kolebki cywilizacyjnej... Każde z opowiadań zawartych w tym tomie naprawdę zasługuje na osobną, sążnistą recenzję.
„Chimera” nie jest zbiorem przypadkowych opowiadań, choć nie ma tu jednego tematu, jednego miejsca, jednej grupy bohaterów. Są różne czasy, różne doświadczenia, różne perspektywy — od świata antycznego po współczesność, od codzienności po sytuacje graniczne.
Poszczególne teksty układają się w coś, co można by nazwać wielogłosową medytacją nad kondycją człowieka. Człowieka, który próbuje odnaleźć sens w rzeczywistości coraz mniej przejrzystej, coraz bardziej niepełnej, coraz trudniejszej do jednoznacznej interpretacji. To proza pytań — nie odpowiedzi.
I może właśnie dlatego ta książka zostaje w głowie. Bo autor nie oferuje łatwego pocieszenia, nie próbuje nas przekonać, że świat jest prostszy, niż jest w istocie, ale też — co ważne — nie odbiera mu sensu.
A jeśli tak, to być może Pegaz — choć już nie musi pomagać herosowi w pokonaniu chimery — wciąż ma swoje zadanie. Nie zmagać się z rzeczywistością. Nie ratować przed nią. Jego zadaniem nieodmiennie pozostaje, by dodać nam skrzydeł, byśmy — zyskując szerszą perspektywę — potrafili zrozumieć ją i nazwać.
A to — w świecie, który coraz bardziej przypomina „śliczną, okropną roślinkę” — nie jest mało.
AdamTS
Ryszard Lenc Chimera — http://www.wforma.eu/chimera.html