Karol Samsel Autodafe 9
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
copyright © https://sztukater.pl 2025
Kiedy skończyłam czytać „Ricochette” Pawła Przywary, długo siedziałam w ciszy, z książką w dłoniach, jakby czekała, aż coś jeszcze z niej wypłynie, jakiś ostatni sens, którego jeszcze nie uchwyciłam. To nie jest lektura, którą można po prostu odłożyć i pójść dalej — ona zostaje w człowieku, wchodzi pod skórę i rezonuje jak echo po czymś, czego nie da się już cofnąć. Tytułowy „ricochette”, czyli rykoszet, wydaje się tu kluczem do wszystkiego. Bo to właśnie rykoszetem — emocji, wspomnień, bólu — uderzają w nas słowa Przywary. Nic nie dzieje się tu bez powodu, ale też nic nie jest oczywiste. To książka, która wymaga uważności, ciszy i gotowości na to, że nie da łatwych odpowiedzi.
Zaskoczyło mnie, jak bardzo ta proza jest zimna w formie, a jednocześnie gorąca w treści. Przywara pisze językiem oszczędnym, niemal wypranym z emocji, jakby próbował sam siebie chronić przed tym, o czym opowiada. Ale im dalej się czyta, tym bardziej ta chłodna, zdystansowana narracja zaczyna działać jak lustro — odbija we mnie rzeczy, o których nie chcę myśleć, a mimo to myślę. Śmierć w tej książce nie jest wydarzeniem, jest stanem. Jest zjawiskiem, które sączy się przez strony, wypełnia przestrzeń między słowami, zamieszkuje język. Autor nie opisuje jej z grozą ani patosem. On ją kontempluje, jakby chciał ją zrozumieć, a przez to zrozumieć nas, ludzi.
Nie da się tej książki streścić w klasyczny sposób, bo fabuła nie jest tu najważniejsza. Jest zbrodnia, ale nie ma śledztwa w sensie kryminalnym. Jest śmierć, ale nie ma rozwiązania. Jest trauma, ale nie ma katharsis. Przywara prowadzi nas po cienkiej granicy między opowieścią a medytacją. Bohaterowie istnieją, ale bardziej jako głosy, wspomnienia, cienie myśli niż konkretne postaci z biografiami. W tym wszystkim jest coś bardzo poetyckiego — choć język jest surowy, wciąż pulsuje w nim rytm, jakaś wewnętrzna muzyka rozpaczy. Czasami łapałam się na tym, że czytam zdania po kilka razy, nie dlatego, że czegoś nie rozumiem, ale dlatego, że chciałam zrozumieć bardziej, głębiej.
Są w tej książce takie momenty, kiedy przychodzi myśl: może to nie jest o śmierci, ale o pamięci? Bo przecież pamięć też potrafi być formą życia po śmierci — i formą umierania za życia. Przywara pisze o tym niezwykle subtelnie, bez moralizowania, bez zbędnych emocjonalnych ozdobników. Pokazuje, jak łatwo zapominamy, jak wybiórczo działa nasza świadomość. „Może wszystko się pamięta, tylko nie przypomina” — to zdanie nie wychodzi ze mnie od momentu, gdy je przeczytałam. Ile rzeczy we mnie trwa, choć wydaje mi się, że już dawno o nich zapomniałam? Ile emocji odbija się we mnie właśnie rykoszetem, z miejsc, których nie chcę odwiedzać?
„Ricochette” jest książką o granicach empatii. O tym, jak blisko i jak daleko jesteśmy od cudzej śmierci, jak bardzo próbujemy zachować dystans, a jednocześnie jak łatwo ten dystans pęka. W świecie Przywary nie ma prostych emocji — współczucie miesza się z odrazą, fascynacja z lękiem, żal z obojętnością. Czasami wydawało mi się, że autor mówi o naszej kulturze, która ubóstwia śmierć, czyniąc z niej widowisko, a jednocześnie panicznie boi się jej realności. W tym sensie „Ricochette” jest książką o naszej epoce — o świecie, który celebruje przemoc i zbrodnię w sztuce, filmie, wiadomościach, ale traci zdolność przeżywania ich naprawdę.
Czytając tę prozę, czułam się trochę jakbym stała w chłodnym muzeum pamięci, w którym każdy eksponat to czyjeś wspomnienie, a każde słowo waży więcej, niż z pozoru widać. Przywara pisze tak, że nawet cisza staje się znacząca. W jednym z fragmentów bohaterka (czy może raczej głos) mówi o strachu, który wypełnia ją jak pusty pokój. Ten obraz nie chce mnie opuścić — bo przecież każdy z nas ma taki pokój, który próbuje zamknąć, a on i tak się otwiera, kiedy najmniej tego chcemy.
To nie jest książka dla wszystkich. Nie dlatego, że jest trudna intelektualnie, ale dlatego, że jest wymagająca emocjonalnie. Zmusza do zatrzymania się, do słuchania samej siebie. Jeśli ktoś szuka klasycznego kryminału, akcji, napięcia, zakończenia z rozwiązaniem — rozczaruje się. Ale jeśli ktoś szuka ciszy, refleksji, literatury, która nie prowadzi za rękę, tylko zostawia w pół drogi i każe samemu szukać sensu, wtedy „Ricochette” może okazać się czymś niezwykłym.
Mnie ta książka przypomniała, że literatura może być modlitwą. Nie w sensie religijnym, ale w sensie skupienia, kontemplacji. Twórca nie próbuje wstrząsnąć czytelnikiem poprzez brutalność, tylko przez milczenie. Pokazuje, że prawdziwe przerażenie nie tkwi w scenach przemocy, lecz w świadomości, że każde zło ma swój początek w nas samych — w myśli, w pragnieniu, w pustce. To właśnie to „odbicie” jest najgroźniejsze, to, co wraca, kiedy wydaje nam się, że już nic nie zostało.
Po skończeniu „Ricochette” długo nie mogłam sięgnąć po nic innego. Miałam poczucie, że wszystko, co przeczytam potem, będzie zbyt głośne, zbyt proste, zbyt oczywiste. To nie jest książka, która daje ukojenie, ale też nie jest beznadziejna. Jest w niej jakaś łagodna zgoda na to, że świat jest pełen śmierci, ale też pełen życia. Że pamięć boli, ale bez niej byśmy się rozpadli. I że literatura, jeśli jest prawdziwa, nie musi nas pocieszać — wystarczy, że pozwoli nam zrozumieć coś o sobie.
Dla mnie „Ricochette” to książka o tym, że każde słowo może być rykoszetem. Każde wspomnienie może wrócić, każde spojrzenie może coś uruchomić. Przywara stworzył dzieło, które nie daje się łatwo zaszufladkować, bo balansuje między prozą a poezją, między filozofią a emocją, między chłodem analizy a żarem doświadczenia. I może właśnie dlatego jest tak przejmujące. Nie ma tu efektownych scen, ale jest prawda — surowa, cicha, niepokojąca. Taka, która nie prosi o uwagę, a jednak ją całkowicie pochłania.
Po tej książce czuję się trochę jak po rozmowie z kimś, kto dotknął mojego lęku, ale nie po to, żeby go uleczyć, tylko żeby pokazać, że on też jest częścią mnie. I za to jestem Przywarze wdzięczna. Bo „Ricochette” to nie tylko opowieść o śmierci — to opowieść o człowieku, który próbuje zrozumieć, dlaczego echo zawsze wraca.
5/6
Read with tea, dog & me
Paweł Przywara Ricochette — http://www.wforma.eu/ricochette.html