copyright © https://sztukater.pl 2026
„Pergamonia jest wszystkim, stąd donikąd nie ma wyjścia”.
„(...) nie ma ucieczki z Pergamonii”
Wielką niespodzianką stała się dla mnie „Pergamonia” Jana Drzeżdżona, groteskowa, jednak ani trochę nieśmieszna przypowieść o krainie, która trzyma człowieka w swojej władzy, o której mówi się, iż jest szczęśliwym miejscem do zamieszkania, wielkim cudem i spełnieniem marzeń, jednak nikt nie potrafi powiedzieć na czym owa cudowność polega. „Takie obrazy są w kronikach, a mieszkańcy Pergamonii mają obowiązek czytać te kroniki raz do roku publicznie”. Tak więc, choć od samego początku określana mianem pięknej, potężnej i ciepłej, zdaje się być krainą wiecznego braku, wiecznego „gdyby”, jakiego jednak dokładnie? Nie wiadomo. Słyszymy: „chciałabym gdzieś się dostać”, „jakimś pojazdem”, „Gdybyśmy tutaj mieli choćby psa. Wie pani, zupełnie zwykłego psa, wówczas mielibyśmy jakiś punkt odniesienia, a tak pozostają nam nasze ręce i spojrzenia donikąd”.
Główny bohater, Jonathan, żyje samotnie na obrzeżach Pergamonii, nieczęsto ruszając się z domu, a już bardzo rzadko gdzieś dalej. Spogląda przez okno, snuje jakieś przypuszczenia, jednak dopiero sprowokowany przez kobietę, wyprowadzony z równowagi, wyrusza w głąb krainy, by odszukać jej centrum, poznać ludzi i miejsca, które dotychczas nawet nie bardzo go interesowały. Idzie na spotkanie świata, który do teraz przyjmował na wiarę i sławił z dziecięcą ufnością. Jego marzeniem jest dotrzeć do widniejącej na horyzoncie figury symbolizującej oświecenie i wolność, jednak zapętla się w Pergamonijnych uliczkach, z ludzi, jacy za nim podążają, tworzy oddział szturmowy, lecz ten co chwila utyka w marazmie charakterystycznym dla tej przedziwnej krainy. Dookoła biegają niekompetentni urzędnicy, oczekując wskazówek od równie niekompetentnego burmistrza, a Jonathan zaczyna przypominać zagubionego w labiryncie korytarzy pana K, próbując odnaleźć jakieś wyjście z morzu chaosu i gąszczu niewiadomych. „Cały ratusz mógłby być z papieru lub kartonu, a ludzie, którzy z niego wychodzili, postaciami z baśni”.
Może nawet cała Pergamonia jest mistyfikacją, skoro tak trudno uchwycić jej sens ? Czy poza wypełnianymi skrupulatnie rytuałami cokolwiek się tutaj dzieje, może mamy przed oczami jedynie regularnie nakręcaną pozytywkę? Rozmowy toczą się jakby obok, własnym bezwładem, odpowiedzi rozmijają się z pytaniami, a ludzie z ludźmi. Wydaje się, że coś istnieje, gdyż tego bardzo chcemy, chcemy wierzyć w opowieści innych, chcemy komuś zaufać. Jednak gdy uważnie spoglądamy na otoczenie, dostrzegamy, że zostaliśmy wrzuceni pomiędzy upozowane figury, niczym w galerii figur woskowych, pomiędzy maski i marionetki, zastygłe w gestach, z których trudno im się wyzwolić, kręcące się w hipnotycznym tańcu, bez kontaktu z otoczeniem. To świat zapatrzony w siebie, uformowany, stworzony do oglądania, trwania, a nie do prawdziwego życia w nim.
„Świat jako karuzela może się zatrzymać, gdy do środka rzucić topór (...)”. Gdy Jonathan go rzuca, Pergamonią, pomimo jej leniwie zadowolonego trwania, coś wstrząsa, przechodzi drżenie, które zwraca na siebie uwagę zaniepokojonych urzędników, wyrywając ich na moment z ramion Morfeusza. Jonathan maszeruje na rynek, za nim idzie garstka obcych mu ludzi, bez planu, spontanicznie dołączają kolejni, aż mamy już garść, która wzrasta w oddział szturmowy. W trakcie tego zamieszania w różnych częściach Pergamonii formują się zupełnie niezależne od siebie oddziały, nie mające nawzajem o sobie pojęcia, jednak również pragnące jakiejś zmiany, poruszenia. Bunt karmi się sobą, zaraża, rozrasta. Front Wyzwolenia Kobiet, Bojownicy o Wolność, zastępy Szlachetnych Mężów i Cnotliwych Matron, oddziały Armii Podziemnej, Wyrzutków Społeczeństwa, Panien Nadobnych... mnożą się niczym grzyby po deszczu, każdy walczy o coś innego, bądź też walczy, ponieważ walczą inni. Cała Pergamonia, pogrążona dotychczas w słodkim upozowaniu, obudowana mitem szczęśliwości, zastygła w spiżowy monument, zaczyna się przeciągać, wiercić, rozpychać... „Oto ziemia — mówił Jonathan. — Można ją dotknąć albo się w niej wytarzać, jesteśmy blisko jej oddechu. Tak bardzo blisko. Musimy dosięgnąć jej płomienia i zanotować w kronikach, iż otwarty jest jej duch”.
Podobno Pergamonia symbolizuje Europę przełomu lat 80. i 90., jest parabolą zachodzących wówczas przemian, rewolucyjnych zrywów, wynikłych ze społecznego ruchu, powstałego z emocji, z „rzutu toporem”, przetaczającego się dalej i dalej, samoistnie, bez większej kontroli, wzbierającego niczym lawina, nie do zatrzymania. To doskonała parabola, oddająca dezorientację władz i siłę szarego obywatela, jeśli znajdzie się w tłumie sobie podobnych. Jonathan mówi: „(...)istnieje tutaj płomień, iskra, błysk, nie wiem jak to nazwać, może to być czyjś głos, gest, westchnienie, albo modlitwa, muszę to ogarnąć swoimi rękami, oczami, ale też całym sobą”. Toczy się walka, wręcz i w grupach, uliczna przepychanka, rewolucja na miny i figury. „Tych min jest wszędzie pełno. Jeden wielki biały labirynt min. I to gdzie kto aktualnie się znajduje lub czym się zajmuje, zależy od miny, którą zrobił i od tej, do której się przygotowuje”. Bałagan i przypadkowość decydują o ludzkich losach. Odnosimy wrażenie, że wkroczyliśmy do schizofrenicznej krainy, w której z jednej strony dominuje autystyczna percepcja świata, wewnętrzna izolacja i uleganie złudzeniom. Trudno o jakąkolwiek decyzję, a co dopiero konkretne działanie, wymagające planu, sprawczości, zdecydowania, ruchu, który wyszedłszy z umysłu stanie się dokonany i przyniesie wymierne konsekwencje. Wszystko jest jakby prześnione, spowolnione, ocierające się o nierzeczywistość, wymaga nadzwyczajnej siły woli, jakby przedarcia się przez zasysające w siebie wszystko bagnisko. Niczym w jakiejś pantomimie, performansie, kabaretowej karykaturze z nasilającym się elementem niepokoju. I nagle ten statyczny, przeznaczony do oglądania obraz zaczyna się poruszać, coraz szybciej, by w końcu wpaść w rodzaj szaleństwa, pobudzenia. Sceny są niesłychanie wprost teatralne, przerysowane, groteskowo wyolbrzymione i powykrzywiane, bohaterowie rozmawiają ze sobą w sposób sztuczny, lub w pozie zastygłej, albo też specyficznie szerokiej, podkreślonej.
Z powodzeniem można wyobrazić sobie „Pergamonię” wystawioną w teatrze, z minimalistyczną scenografią (na wzór Dogville), jako sztukę podzieloną na 3 akty i rozgrywaną w majestacie ciszy. Jest w „Pergamonii” cała masa absurdalnych scen i dialogów, cała powieść jest z nich złożona. Jednak pod ich zwariowaną surrealnością kryją się głębokie myśli, w które warto się wsłuchać. Przypomnę chociażby urzędnika obracanego wkoło przez rozkrzyczany tłum, a za każdym obrotem jego twarz zdaje się całkiem odmieniona: „raz jest to twarz świętego męża, to znów maska jakiegoś demona albo zwykłego kuglarza”. Trudno też przyłapać którąś z twarzy, by ją udokumentować, na zdjęciach są zupełnie zwyczajne.
Można też pójść w inną interpretację powieści, w stronę mojej ulubionej formy: powieści drogi. Jonathan wyrusza w podróż wraz z kobietą, która śmiała naruszyć spokój jego domostwa i zarazem dotknęła jego serca, ożywiając je. Postanawia wreszcie poznać bliżej krainę, na obrzeżach której dotychczas ledwie wegetował, unikając odpowiedzialności, a więc i nie podejmując śmielszych decyzji. Jak to bywa w trakcie wędrówki, spotkanie z przypadkowymi ludźmi rzuca go w wir zdarzeń, narzuca mu role, o jakich nigdy by sam nie pomyślał, zmusza do stawienia czoła niebezpieczeństwu i rozlicznym emocjom, obdarza go niezwyczajnym towarzystwem, na różne sposoby doświadcza, każe walczyć, opiekować się, tworzyć społeczność, napawa nadzieją, by w końcu...na przekór temu, do czego powieść drogi nas przyzwyczaiła, ku czemu zmierzała, tym razem pozostawić go z niczym, znów w oszołomieniu i osamotnieniu. Czyż nie tak jednak wygląda nasze życie? To przecież również podróż od przypadku do przypadku, z nieprzewidywalnym epilogiem? Jakże często rozczarowującym. Pergamonia to kraina ludzkiego istnienia, zawsze jakoś jednak pojedynczego, choć wokół pełno ludzi.
To nie jest prosta lektura. Nie jest łatwo poruszać się po krainie, o której wiemy niewiele, albo też nasza wiedza jest zafałszowana, nie znając języka jej mieszkańców, jedynie intuicyjnie orientując się zarówno w jej topografii, jak i intencjach obywateli, domyślając się, że to, co widzimy jest ledwie scenografią, a naprawdę ważne rzeczy dzieją się za kulisami. Pergamonia, będąca symbolem bałwochwalczego kompromisu, zbudowana jest z alegorii i metafor. Aby w pełni zrozumieć ich znaczenie trzeba by zajrzeć pod maski, wyłowić z dialogów istotne przenośnie, czego absolutnie nie ułatwia nam wrażenie, że brodzimy w mlecznej, gęstej mgle i każdy krok wymaga od nas skupionego wysiłku. Świat, w który wrzucił nas autor, poznajemy intuicyjnie, na własną rękę, bez przewodnika. Informacje o jego naturze i o symbolicznej wymowie czerpiemy z uważnego wejrzenia w treść oraz z własnych doświadczeń, co każdego doprowadzi do własnych wniosków. To właśnie szerokie odczytanie sygnatur jest niezbywalną siłą Pergamonii.
„Nic się właściwie w Pergamonii nie zmieniło poza tym, że wyrósł tutaj ten kwiat. (...)
Pan jest bardzo pewny siebie — rzekł Jonathan. — Myślę, ze się zmieniło bardzo wiele. Zmieniła się nomenklatura. Dawniej byli szarzy obywatele, a teraz są obywatele wolni, nie sądzi pan, ze to jest bardzo dużo?”
Niech to będzie zaproszeniem do dyskusji.
6/6
Doris
Jan Drzeżdżon Pergamonia — http://www.wforma.eu/pergamonia.html