copyright © https://sztukater.pl 2026
„Tam, gdzie rozum roztacza wszechmocny blask wiedzy, tam łatwiej ukryć nieprzeniknione ciemności żywego snu”.
Życie to nie tylko mierzalna i sprawdzalna oczywistość, to także jej druga, bardziej iluzoryczna i zwiewna strona, której ledwie się domyślamy, śnimy o niej i nadajemy jej rozmaite, zawsze jednak potężne atrybuty, zarówno te dobre, jak te złe, zakładamy też, iż tam właśnie swoje schronienie ma Prawda, pierwiastek Pełni i Jedni, byt doskonały, ku któremu spontanicznie zmierzamy, choć jest tak nieuchwytny i enigmatyczny, , że można podstawić pod niego każde wyobrażenie.
Gustaw Rajmus zaprasza nas do Królestw, miejsc tajemniczych i niezwykłych. To do nich trafiają podróżnicy idący tropem Prawdy, jej badacze, łowcy, śmiałkowie nie lękający się eksplorowania nowych obszarów, w których mogą przepaść, by na zawsze zgubić drogę do domu. Być może nigdy nie odnajdą tego, za czym tak tęsknią. Jednak, jak wynika z treści oniryczno-fantastycznych opowiadań, z domieszką filozoficznej zadumy i mistycznej kreacji, od samej Prawdy znacznie ważniejsze jest jej łaknienie, proces poszukiwania, dochodzenia do niej, wiecznie wyprzedzającej nas o pół kroku, proces oznaczający pytania, wątpliwości, przeczucia, zadziwienia, snucie przypuszczeń i stawianie śmiałych hipotez, a nawet lęk przed ich ziszczeniem się. Zmusza nas on do uważnej obserwacji zasilanej intuicją, zaprasza do przekraczania granic, sondowania głębin, również tych wewnątrz własnej duszy i umysłu. Czyni z ludzi aktywnych i kreatywnych eksplorerów, wyrywając ich z biernej wegetacji i bezmyślnego konsumowania życia, prowadzących wprost do stanu przesytu, gnuśności, a w skrajnych przypadkach nawet duchowej martwoty.
Są tez prawdy wewnętrzne, tylko nasze, pojedyncze lub określonej grupy, będące jej spoiwem, wyznacznikiem jej wyjątkowości i namaszczenia. Strzeże się ich czujnie przed otoczeniem, podrzuca obcym fałszywe tropy, stwarza pozory, byle tylko odwrócić uwagę od meritum, zapobiec wścibstwu i ingerencji, wypchnąć poza krąg wspólnoty. Jeden z bohaterów mówi: „Dzierżąc tarczę prawdy chroniłem matczyznę przed najazdem barbarzyńców”. Bo Prawda nas uświęca, innych zaś, niewtajemniczonych intruzów, czyni dzikusami.
Niektóre z Prawd, niepojęte, sięgające początków stworzenia, ssące pierś pramatki ziemi, przywołują nas z jej głębin, kusząc i oczarowując, zwodząc Ustami Jesieni — w ten czas przechodzenia z płodnej aktywności w długi odpoczynek, gdy do głosu dochodzą sny, a wyśnione krainy zdają się być nie mirażem, a rzeczywistością. To Prawda Ziemi, Ziemia wabi nią ludzi, ale czy zechce ją wyszeptać, czy tylko zastawia pułapkę, by wciągnąć człowieka w bezdenną otchłań swoich głodnych ust. Cóż z tego, że w tej chwili pozostanie on sam na sam z Prawdą, z nią zespolony, skoro nie zdoła już nikomu jej wyjawić?
Jest wiele Prawd, może tyle, ile światów, nienarzucających się nam migawek przemykających na linii horyzontu, zawsze za daleko. Dotykają ich wybrani, lecz ta bliskość zamiast ukojenia lubi wpędzać w cierpienie, w szaleństwo. Przed oczami przesuwają się nam postacie faunów, wróżbitów, wampirzych władców nocy, „całe plemiona mamunów, wilkołaków, leśnych bab; stawy kwitły od utopców, w parku roiło się od demonów, a w niektórych drzewach gromadziły się upiory. Nieumarli sypiali pod ziemią, na której zakładano czasem ogrody i hodowano na ich czołach winne latorośle, które wydawały imponujące, szalone owoce”. Tak właśnie doczesność karmi się nadrealnością, czerpie z niej, wsączając w nią też zarazem swoje soki. Może to ucieleśniają się nasze najgorsze lęki, albo czyjeś przekleństwo, klątwa rzucona przez zaciśnięte zęby obtacza się materią. Kto wie, czy to, co realne, nie ma swojego mrocznego rewersu. Ziemska powłoka zawieszona pod chrześcijańskim niebem, w każdej chwili narażona na osuniecie się w ognistą otchłań pod ciężarem skumulowanych grzechów i krzywd. Jaki rzep trzyma zmarłych blisko powierzchni życia, nie pozwalając im odejść w spokojne odpoczywanie? To my, żywi, przywołujemy ich, szantażując pozorami dawnej świetności, wspomnieniem splendoru. To my nie chcemy się ich wyzbyć, uzurpujemy sobie prawo do dziedzictwa, którego ani nie rozumiemy, ani też nie poważamy dostatecznie, wykorzystując tylko z niskich pobudek. Czym bylibyśmy, osamotnieni, bez powidoków minionych zwycięstw i laurów, których historyczną prawdę przykrawamy do przydatnej legendy? Mit staje się fundamentem, na którym wznosimy niepewne „teraz”, sztukując je i klejąc dyletancko. Mity te objawiają się Gustawowi Rajmusowi w widomej postaci, pozwalają mu na moment uchylić tajemny woal, by mógł nas tam wprowadzić, opowiedzieć, dając świadectwo Prawdzie. Jednej z Prawd.
Sam autor zaś uwodzi nas słowem, daje mu władzę nad nieśpieszną narracją, baśniową scenerią, umieszcza w nim nie jeden sens, a sensów wiele, każe je wyłuskiwać niczym ziarna z żytniego kłosa, dokładnie oglądać nim je rozgryziemy, nim spróbujemy smaku Prawdy. W opowiadaniach to, co ziemskie, jest bardzo blisko tego, co duchowe, te dwa byty nachodzą na siebie, odwiedzają się, przenikają. Za pośrednictwem autora wstępujemy do piekła i do nieba. Po ziemi spacerują rycerze z krzyżem na płaszczach, plenią się zjawy i monidła z legend, żerujący na grzechu, strachu i nieprawości. Homunkulus w zardzewiałej zbroi bez przekonania więzi króla, równie jak on sam słabego marazmem tych, którzy nie śpieszą mu z pomocą. Droga do grobu Chrystusa zostaje zapomniana. W braku wiary więdną i znikają jej atrybuty, świat ogarnia senna beznadzieja, gdy nikt już na nic nie czeka i on ulega stopniowej degradacji,. Wniosek z tego jasny. Prawda jest esencją życia, dzięki ufności w jej istnienie i poszukiwaniom, jakie bezustannie podejmujemy, nasze życie zyskuje sens. Mówimy tutaj o każdej Prawdzie. Tej chrześcijańskiej i tej pogańskiej, tej ze świata mroku i świata jasności, tej w wielki początek, jaki by on nie był oraz w jego moc scalania świata w Jednię, a ludzi w Braci. W przeciwnym wypadku pozostaje jedynie pustka i w tej pustce pojedyncze samotności. Świat bez nadziei, wyzbyty życia, prezentuje się zatrważająco, tak też widzi go bohater: „Pola musiały być niegdyś urodzajne, myślał, schło teraz na nich mnóstwo pustych kłosów, gniły drzewa owocowe, w wiór się obracały warzywa. Wszystko zmieniło się w chaszcze, wśród których bielały kości wielkiej ilości zwierząt wszelkich gatunków; ziemia wydawała się być tak martwa, że nawet czerw nie chciał w niej mieszkać; od zewnątrz okupował ją zalegający popiół. Ziemia cała uwalana w pyle i bezpłodności, wydawała na świat trujące wspomnienia owocnych dni”. Nie inaczej jest z ludźmi, bohaterami Rajmusowych przypowieści, wegetujących na obrzeżach życia, w półistnieniu, w emocjonalnej i intelektualnej ciszy.
Empiria nam nie wystarcza, łakniemy sakry, metafizycznego namaszczenia, spirytualnej głębi, która pozwoli nam się wznieść, zasieje nadzieję na otrzymanie odpowiedzi na męczące nas, ontologiczne pytania. Bez duchowego tchnienia „świat jest szary, okrutny i nudny. Nie ma w nim nic, czego by nie mógł wyjaśnić człowiek”. Brak miejsca na Absolut. Jego głód był z nami zawsze, tak też pozostanie, pomimo możliwości obliczeniowej maszyn, wszechstronności sztucznej inteligencji i eksplorowania przez człowieka coraz odleglejszych rejonów Kosmosu.
Autor żongluje kostiumem i czasem, otwiera ścieżki do mitologicznych krain, portale do pogańskich ostoi, wierzeje chrześcijańskich katedr, katolicki kielich stawia obok Świętego Graala, umarłym każe nawiedzać żywych, psychologiczną Prawdę o człowieku zderza z Prawdą odwieczną, stojącą u zarania dziejów. My, zanurzając się w tym złożonym świecie, wnosimy do niego jeszcze jedną, własną Prawdę, a co zeń ocalimy dla siebie, co z sobą zabierzemy, by pielęgnować w sobie i czerpać z tego moc, zależy tylko od nas. Pewne jest, że pragniemy, by nasze życie znaczyło coś więcej niż przeciętność, by realizowało szczytną ideę, niosło wyzwolenie, uosabiało spełnienie haseł niesionych na sztandarach i na tych sztandarach w zapomnieniu umierających. Pociąga nas owa boska cząstka, jakkolwiek by jej nie nazwać: Świętością, Absolutem, Bionem, Miłością, pragniemy być oddanymi jej bezgranicznie Wybrańcami. I tak jej wypatrując, czekając na wezwanie, zamieniając się w jej akolitów i czcicieli o nieprzytomnym spojrzeniu, odpuszczamy życie, choć być może właśnie w nim, tuż przed naszym nosem, rozgrywa się najważniejsza bitwa o pryncypia, o wszystkie te wartości, których daremnie wypatrujemy w przestworzach.
Nie oddzielajmy Królestw. Tego tutaj, pod stopami, przemierzanego dzień w dzień, od świtu do zmierzchu, w którym pozostawiamy wyraźne ślady twardych podeszew naszej obecności, i tego wewnętrznego, bezmiernego, nieograniczonego ni czasem, ni przestrzenią, w którym wszystko jest możliwe. One bowiem, łącząc się, zwrotnie dają nam moc. Duch wzmacnia materię, idea przysparza sensu istnienia bytowi.
6/6
Doris
Gustaw Rajmus Królestwa — http://www.wforma.eu/krolestwa.html