Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
copyright © https://sztukater.pl 2025
„na kruczych, wronich skrzydłach wyobraźni” przenosimy się w czasy dawne — nasze, polskie, okupione cierpieniem, dzisiaj zaś stanowiące „garb pamięci zaszczytny, punkt docelowy patriotyczno-turystycznych szlaków”. Artur Daniel Liskowacki ułożył opisywane wydarzenia w meteorologiczny czworobok, po jednym przypisując każdej porze roku. Nie pory roku są tutaj jednak ważne, a nauka, jaką z tych przełomowych fragmentów polskich dziejów wywiedliśmy, o ile rzeczywiście tak się stało, w co autor raczej wątpi.
Rok 1863, rok wybuchu Powstania Styczniowego, wybija się w opowiadaniach na plan pierwszy. Patriotyczny zryw zakończony wielką przegraną i szaleństwem represji. Nie inaczej Powstanie Warszawskie, budzące wiele pytań, na które nie ma wyraźnych odpowiedzi, gdyż mogłyby one zakłócić od dawna już ukształtowany i oswojony przekaz. Artur Daniel Liskowacki w „Hotelu Polskim” dotyka tematu powstańczego bohaterstwa i poświęcenia, zachowując ogrom szacunku dla odwagi i ideału, mierząc się jednak śmiało z kwestią celowości, wykorzystania młodzieńczego zapału, wewnętrznych rozgrywek organizacyjnych i rozmaitych przekłamań, które przez lata zyskały już status bezspornych faktów, a z takimi walczyć jest najtrudniej.
Bohaterów mamy w „Hotelu polskim” rzeczywistych, zdarzenia jak najbardziej zaistniałe, obrysowane narracyjną ramą, ujęte w domyślne tło, z wpisanym prawdopodobieństwem dialogów. Wnioski wyciągamy sami, biorąc pod uwagę szeroki kontekst i niepodrabialny sarkazm autora, doskonale uwypuklający fałszywe nuty, niedorzeczności i nadużycia. Porównanie faktów, wynikających ze szczegółowych danych źródłowych, których nie sposób podważyć, z powszechną wiedzą, wspartą opisem haseł w „Wikipedii” zdumiewa rozbieżnością. Tymczasem warto zwrócić uwagę na słowa: „w samym Rządzie, ledwie wszedł do niego, już wojny skryte i otwarte, policje i straże ze cztery chyba utworzone”. W społeczeństwie nie inaczej, „co drugi kantor domowej służby to w istocie agenda carskiej policji. Rozsyłająca po domach szpiegów, tak że gębę i przy zupie lepiej trzymać zamkniętą (...)”. Miasto i wieś — dwa odmienne światy, nie zainteresowane sobą, nie rozumiejące się, a nawet wrogie. Chłopu polskiemu nie lepiej wcale, gdy uciska go i lekceważy polski panicz, czemu więc miałby się narażać pomagając powstańcom, by zmienić jednego ciemiężyciela na drugiego? Powstania Warszawskiego wieś także nie rozumie ani nie wspiera. Ot, fanaberia paniczyków i intelektualistów, niech sczeźnie miasto będące kolebką żydostwa. Części Polaków nie w smak zamieszanie, wszak nauczyli się już jakoś żyć z aparatem władzy, nawet zdążyli go nieco obłaskawić. Nie ma społecznej jedności, nie ma wzajemnego zaufania, zaś bunt i rewolta są na rękę okupantom, gdyż otwierają im drogę do awansu, zaszczytów, uzasadniając potrzebę ich utrzymywania wobec polskiego bezhołowia. Jak się do tego ma przelewana obficie krew młodzieży uwiedzionej patriotycznymi apelami... warto uważnie wczytać się w tekst opowiadań Liskowackiego. Skąd więc polskie żale, i narzekanie „z ich nieustanną pretensją do innych, że inni o nich nie dbają i do siebie samych, że na tych innych wciąż patrzą tęsknie”. Może właśnie przyczyną jest lęk przed spojrzeniem w lustro, zderzeniem się z obrazem, jaki przeczuwamy, ale nie chcemy zobaczyć.
Postać Leona Głowackiego, przedstawiona przez autora z dużą dozą empatii poprzez wygłos jego splątanych chorobą myśli, poprzez obserwacje osób postronnych, ich przerażenie stanem nerwów Leona, zawsze zamyślonego introwertyka, jednak dotychczas rozważnego, spokojnego człowieka, nagle tak zmienionego... to postać tragiczna, jedna z wielu, spośród chwackich zapaleńców, którzy oddali się ze szlachetnych pobudek może i dobrej sprawie, ale skazanej na niepowodzenie z powodu wielu błędów. Właśnie bohaterowie zwracają naszą uwagę, są nad wyraz prawdziwi, ich postawa jest szczera, a przyszły los nam z góry wiadomy, przez co trudno nam czytać tekst spokojnie, emocje sięgają zenitu.
Autor mówi do nas poprzez żywą, znów dziejącą się historię, oddaje głos bohaterom, a że żaden z nich nie ma, gdyż uczestnicząc w wydarzeniach nie może mieć, pełnego oglądu sytuacji, tę komentuje N.N., Nienachalny Narrator czyli autor. Ten genialny pomysł zastosowany w jednym z opowiadań daje nam nieocenioną szansę współuczestniczenia w akcji na równi z młodymi konspiratorami i ich dowództwem, podsłuchiwania rozmów całej rzeszy mniej lub bardziej przypadkowych ludzi, a jednocześnie, dzięki odgórnemu komentarzowi, spięcia całości jedną wielką klamrą i lepszego jej zrozumienia. Nic nam nie umknie. Uwiera tylko żal, że nie możemy krzyknąć głośno, by obudzić przyszłe ofiary z sennego, nierealnego marzenia.
„Ale przewagą przegranych, a więc ich wszystkich, nas wszystkich, jest przywilej klęski. Takiej, z której uchodzimy pobici i nieliczni, lecz żywi do krwi, gotowi nieść przed siebie swój Małogoszcz, natrętnie proszący się o rodzaj żeński (Salomea, Barbara, Matka Polka, matka Olka — i Leona — Apolonia, Polonia Warszawa, której talizmanem były, a jakże, Czarne Koszule, a i Bydgoszcz, Ona właśnie) jak chorągiew żałobną („potarganą na wietrze”). Przywilej błędu do kwadratu, sześcianu. Doprowadzania do ściany. Pod ściany. Prawo wchodzenia do tej samej Wisły. Do pławienia się w jej coraz płytszym nurcie i wiecznych prób zawrócenia go kijem, a na przystawkę ekscept słabych — do obrzucania się wzajem wiślanym błotem (...)”. Styl Liskowackiego idealnie wpisuje się w retorykę opowiadań. Obok rozżalenia i złości musi tutaj mocno wybrzmieć kpina i szyderstwo, niezgoda na dalsze zawłaszczanie symboli i budowania fałszywej historii dla własnych pokrętnych celów. Widzimy, jak jedno przeinaczenie buduje kolejną manipulację, ta pociąga za sobą nowe ofiary, zaś na ich pomnikach piszemy już wstęp do wzniecania przyszłych pożarów. Przerabiamy naszą polską historię w przydatne do sprawowania rządu dusz narzędzie, karmiąc pokolenia romantycznymi ideałami.
Autor śmiało i nadzwyczaj twórczo poczyna sobie ze słowem, nadając mu coraz to inne, mylące, sprzeczne, opaczne, czy wręcz buntowniczo-rewolucyjne znaczenia, łącząc je w niemożebne sploty i powięzi, przestawiając, meandrując zręcznie niczym magik wyciągający z kapelusza zamiast przysłowiowego królika — zaskakujący wydźwięk jakiegoś pojęcia, zbitku słów, nowy i bardzo wymowny. Wyszczerza tym samym usta w szerokim, drwiącym uśmiechu i mruga do nas zza akapitu prześmiewczo i porozumiewawczo. Tylko na to bowiem zasługuje nasz bezczelny taniec na grobach poległych, na których „płyta brudna, jak to w alei lip, po kwitnieniu wszystko wokół kryją miodową rosą (uwaga: nazwa własna, żadne tam, j.w., symbole i alkohole), wiadomo, do lepkiego przylgnie każdy kurz i pył, zeschły kwiatostan, szczątki liści, ptasie gówienko. Brudna i pusta ta nieprzegrana jeszcze do końca płyta, a z tymi dwoma plastykowymi zniczami — co na niej — bardziej jeszcze, bo znicze pospolite, plastikowe jak nasza pamięć”.
6/6
Doris
Artur Daniel Liskowacki Hotel Polski — http://www.wforma.eu/hotel-polski.html