nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

"Agrestowe sny", https://sztukater.pl, 23.04.2026

copyright © https://sztukater.pl 2026


„Wypatrywanie, nasłuchiwanie – dwie koślawe kończyny flanerycznego pisarza, każda idzie w inną stronę, na innej wysokości, każda łże jednak, że z nią właśnie można dojść do celu, w wyniosłą krainę ożywionego słowa, ów przednówek tworzenia, jakże zwodnicze preludium...”

Opowiadania Jakuba Michała Pawłowskiego są owszem, snami, jednak ich esencja, frenetyczne, hipnotyczne unisono, wypływa wprost z czystego życia, zatrutego złem, trudnego do zniesienia na trzeźwo, wymuszającego posiłkowanie się używkami, zatracanie w jego materii, albo wprost przeciwnie, ucieczkę w sen czy marzenie, ukrycie we własnych myślach, schronienie w muzyce, zapatrzenie w zaokienny pejzaż. Może też próbę pisemnego zarejestrowania ulotnych wrażeń, wyobrażeń, obsesji nawet, wyłapywanych zmysłami z otoczenia, jak choćby sąsiedzkie „Dźwiękowe obyczaje i zupełnie przypadkowe audiosfery, rejestrowane bez wizji, ucho wyroczni z małżowiną jak zjeżdżalnią”. Czy nie wpadacie czasem w podobne stany zawieszenia pomiędzy tym i tamtym, rzeczywistym i niebyłym, nie dorabiacie kontekstu do wyhaczonego przypadkiem szczególiku?

Poza wszystkim innym „Agrestowe sny” są książką o tworzeniu, w szerokim rozumieniu tego słowa. Bohaterowie opowiadań piszą, albo tylko pragną pisać, przenieść swój realny, a nieprzewidywalny przecież świat w strefę, w której będą mogli dowolnie go kształtować, przykrawać, a nawet od początku wymyślać. Wyobraźnia, jak to ona, wymyka im się spod kontroli, dźwięki dochodzące zza ściany obrastają w ciało, nabierają kolorów i sensów, można wniknąć w tę imaginację, zamienić na nią miejsce nieprzyjazne, w którym akurat umiera matka, pusty fotel straszy samotnością, można wymknąć się szaleństwu, odpocząć, cieszyć się gładką skórą na nadgarstkach, niepoznaczoną tutaj bliznami rozpaczy.

O ile sny bywają szalone i wrzucają nas w sytuacje nieprawdopodobne, to życie można po prostu nazwać ruletką, permanentnym sprawdzaniem naszej gotowości. Oczekiwanie kolejnych zaskoczeń utrzymuje nas w stałym napięciu, na granicy psychicznej wydolności. Przynajmniej takie krańcowe stany występują w opowiadaniach Pawłowskiego. W „Agrestowych snach” kołyszemy się więc nieustannie między cierpkością i słodyczą, gładkością i szorstką powłoką zdarzeń, miedzy senną ułudą a aberracjami rzeczywistego świata. Dziwne i fascynujące zarazem jest to wrażenie pomieszania, gdy kryminał przenika się z grozą, kiedy bohaterka raz spogląda z okna na krajobraz morskiego wybrzeża, by wkrótce podjąć próbę ujrzenia z perspektywy owego pejzażu siebie samej za okienną szybą pokoju. Być może jest to jedna z wielu dróg zrozumienia własnego, skomplikowanego, nieposłusznego wnętrza, spotkania z nim, nawiązania jakiejś komunikacji... Autor zabiera nas do wiosek i miast, pozwala przemieszczać się w czasie, jednak my wciąż widzimy tego samego, zagubionego człowieka. Człowieka, który przed obłędem realnego świata chroni się już nie tylko w oparach snu, te mu przestają wystarczać, ucieka więc w narkotyczne wizje, w majaki generowane przez zioło albo różowe tabletki zapomnienia. Czytelnik błądzi wraz z nim, wraz z nim gorączkowo szuka wyjścia z chaosu, wytłumaczenia, snuje własne teorie, których jednak nie ma możliwości sprawdzić. Znajduje się więc w położeniu bohaterów opowiadań, podobnie jak oni zdezorientowany, a zarazem zahipnotyzowany feerią barw przedstawionych światów, od których trudno mu oderwać spojrzenie.

Opowiadania mają charakter impresji, galerii ruchomych obrazów, ich fragmentów podrzucanych nam, byśmy je rozebrali na cząsteczki, przyjrzeli im się tak uważnie, jak tylko pozwoli na to ich ulotność, dostąpili wrażeń, a może nawet objawienia, które odsłoni znaczenie danego elementu dla całości historii, albo, jak w przypadku mitu o Świętym Graalu, rozjaśni sens odniesienia symbolu tego kielicha z arturiańskiej legendy do współczesnej kondycji świata i jego mieszkańców.

W części opowiadań przyroda, jej ruch, oddech, żywotność, stają się przekaźnikiem ludzkich emocji, probierzem ich natężenia i rozedrgania, niczym suwak logarytmiczny odmierzają, nie matematyczne odcinki jednak, a upływ czasu i wraz z nim temperaturę uczuć. Bohaterowie pachną letnim zbożem i ulatniają się we mgle, jak niebyli, wymyśleni, w tafli wody zaś mają szansę ujrzeć swoje prawdziwe oblicze. Malarskość opisu zderza się z surrealizmem zdarzeń, tworząc roztańczony kolaż. Opis świata zewnętrznego zawsze służy autorowi do rozpisania w nim człowieka, do odsłonięcia poprzez zauważalne i charakterystyczne symptomy, procesów ukrytych, zachodzących w ciszy, a nawet nie do końca przez niego uświadamianych. Widome staje się symbolem niewidocznego, krajobraz uosabia duchowe i mentalne rejestry, przekłada się na ich częstotliwość, dostraja, dając nam lepsze pojęcie o kondycji bohaterów. Skupiamy się na detalach, przez pół strony analizujemy stukot damskich obcasów i, o dziwo, ani przez chwilę nie jesteśmy tym znudzeni, żywo nas zajmuje owo „tempo chodzenia, siła nacisku obcasów, rytm kroków, ich głośność, objawiają nierzadko możliwą do podrobienia tylko przez nielicznych partyturę wszelkich w istocie charakterów i nastrojów”.

Zdarza się, że nie sami bohaterowie pragną na czas jakiś wyjść poza ramy rzeczywistości. Psikusa robi im ulotna pamięć, zmęczona, przez lata zużyta, z coraz większym trudem nawiązująca połączenie z obrazami, dźwiękami, z realiami, które przechowuje, a które naraz gubią się w jej rozmaitych zakamarkach. To nieco inny, jednak nie mniej konfundujący aspekt życia poza nawiasem, skazujący bohaterów na bezradne błąkanie się. Goniąc resztki, okruchy przeszłości, chwytając je zanim odpłyną bezpowrotnie, zatrą się w umysłach bohaterów, Jakub Michał Pawłowski składa hołd starości, przemijaniu, ludziom, którzy „Na co dzień zestrajali się w uroczej bezsilności, bezrozumnej, ale niegroźnej, i w zagubieniu, tak wygodnym w kontaktach ze światem zewnętrznym, postrzeganym przez nich jako pełen opresji i roszczeń”. Oto jeszcze jedna przestrzeń oferująca schronienie, w której „nie potrzeba żadnego Boga ani aniołów”.

Szczególne wrażenie wywarło na mnie opowiadania „Pani Elfriede tańczy”, którego bohaterka, sławna pisarka, odwiedziwszy w jesieni życia Sztokholm, popada w tym mieście w dziwny nastrój, ten zaś skłania ją do poddania rozrachunkowi dotychczasowego życia, jego płynnej doraźności. Elfriede mierzy się dopiero teraz, po tylu latach, z tożsamością żydowską osadzoną mocno w języku niemieckim, rozmyśla o rozpołowieniu austriackiego społeczeństwa, będącego w czasie wojny w jakimś stopniu ofiarą, w pewnym zaś katem. Tutaj panorama poszerza się, by pomieścić obok żydowskich, także czarnoskóre i palestyńskie dzieci getta, dzieci nieludzkiego świata ludzi. Jest w tej złożonej opowieści urokliwa intertekstualność, prowadząca nas za rękę ścieżkami klasycznej i całkiem współczesnej literatury, do nas zaś należy odnajdywanie oraz nazywanie ukrytych tropów i nawiązań.

Ważnym bohaterem opowiadań uczynił autor kobiety, te z czasów wypraw krzyżowych, przejmujące bez sprzeciwu męskie obowiązki, nie otrzymujące jednak w zamian ich przywilejów, biorące na barki wszystko to, co mężczyźni chętnie zrzucają albo omijają jako nazbyt trudne, a przynoszące niewiele satysfakcji. Kobiece ramiona dają radę, nigdy za wątłe, za mało pojemne. A jednak to kobiety ponoszą tutaj raz za razem klęskę, nie zakręcony Don Kichot, nie mąż, który umyka światu w śmierć, zostawiając żonę z ciężkimi myślami i jeszcze cięższymi obowiązkami, nie sułtan, który bezmyślnie doprowadza kalifat do ruiny, niwecząc wszystko, co zdołała osiągnąć jego konkubina. Na sile i determinacji kobiecej stoi świat w „Agrestowych snach”.

Wsłuchując się w słowa, przemierzając krainy, do których zostaliśmy zaproszeni, zawsze z uważnością skierowaną na szczegół, z dostrojeniem się do refleksyjno-metafizycznego klimatu, niekiedy rozedrganego niestandardowymi wizjami, koszmarami czy złowieszczymi przepowiedniami do tego stopnia, że rezonują w umyśle czytelnika niespokojnym dreszczem, czujemy się owładnięci narracją. Zaczynamy nawet podejrzewać, że to same historie opowiadają się autorowi, tak są magnetyczne, elektryzujące, pełne mocy, on zaś przelewa je na papier nie znając wcześniej losów bohaterów, nie mając na nie wielkiego wpływu, wydaje nam się, że „dopiero co ich poznał, jest olśniony nimi tak jak ty, albo jest nimi zniechęcony, niespiesznie poznaje szczegóły. Nie ukisił w sobie długich zwojów ich historii, nie przepracował miesiącami kwiecistych detali ich biogramów”. I tak jest właśnie dobrze, idziemy w tej historii z autorem ręka w rękę, równie ciekawi dalszego ciągu i równie nim zaskakiwani.
6/6
Doris


Jakub Michał Pawłowski Agrestowe snyhttp://www.wforma.eu/agrestowe-sny.html