Nowości 2021
Nowości 2020

2020. Antologia współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo Made in Roland

Roman Ciepliński Ukryte myśli

Krzysztof Ćwikliński Nocny gość

Anna Frajlich W pośpiechu rzeka płynie

Jarosław Jakubowski Wojna

Zbigniew Jasina Inaczej przemijam

Jolanta Jonaszko Portrety

Paol Keineg Powrót do Bretanii

Bogusław Kierc Płomiennie obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem)

Andrzej Kopacki Sonety, ody, wiersze dla Marianny

Yvon Le Men Tu i tam

Artur Daniel Liskowacki Hotel Polski

Marek Maj Teorie naiwne


Dariusz Muszer Córka męża i córka żony

Dariusz Muszer Księga ramion deszczu

Uta Przyboś Wielostronna

Karol Samsel Autodafe 3

Tomasz Stefaniuk Małpka Koko i inne wierszyki dla (nie)grzecznych dzieci

Bartosz Suwiński Nawie

Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy II

 

PLANETA, Uciekłam z ulicy Kościuszki

PLANETA Ewy Sonnenberg » PLANETA, Uciekłam z ulicy Kościuszki

Uciekłam z ulicy Kościuszki w Lubinie, a nie z ulicy Kilińskiego. Uciekłam po tym jak uciekł mój ojciec. Uciekłam jak mój ojciec uderzył moim ciałem o wannę i brutalnie oblewał mnie wodą. Dusiłam się i nie mogłam załapać tchu. Bałam się i krzyczałam z przerażenia. Wtedy obejrzałam się za siebie i zobaczyłam moją matkę, patrzyła na mnie zimno i z jakąś przyjemnością przyglądała się tej brutalnej scenie. Obejrzałam się za siebie, moje spojrzenie było przenikające, od razu ją rozpoznałam. To ona katowała mnie i niszczyła przez te wszystkie stulecia. Za każdym razem byłam jej ofiarą. Za każdym razem byłam przez nią zamordowana. Stała w jakiejś odległości ode mnie, ale mi wydawało się, że widzę nie ją, ale całą historię. Te wszystkie moje klęski i porażki. Te wszystkie przegrane bitwy i poległych wokół mnie. Patrzyła na mnie z przyjemnością jakby ta scena karmiła jej nienawiść do mnie. Odwieczną nienawiść do dziecka, które pojawiło się na Ziemi przez przypadek. Gdy dostrzegła moje spojrzenie zaczęła grać moją matkę, ukryła twarz w rękach i udawała, że płacze. To był ułamek sekundy, w którym prawdę przesłonił fałsz. Gdy oglądnęłam się za siebie poczułam, że czas nagle zaczął inaczej płynąć. Wszystko było jak w zwolnionym tempie, ojca brutalne gesty były takie szybkie i ta otwarta przestrzeń czasu, w której się znalazłam. Brutalna ręka ojca była jak męska ręka damy z gronostajem. Portret kobiety z ręką mężczyzny od brudnej roboty. Ja prawdopodobnie byłam gronostajem, który tak bardzo chciał uwolnić się z uścisku tej kurewskiej i zbrodniczej postaci. Wtedy wstałam z tej wanny odepchnęłam rodziców, do których nic nie czułam. Wydawali mi się jakimiś obcymi ludźmi, którzy próbują mi przeszkadzać w moim istnieniu. Ojca zaczęła zatapiać woda, która wydostawała się z wanny i zaczęła wypełniać całe mieszkanie. W pewnej chwili ojciec zaczął pływać jak ryba w jakimś akwarium, do którego matka wrzucała trutkę na szczury. Chyba po tej trutce nagle z wieloryba robił się coraz mniejszy, aż została z niego maleńka czerwona rybka. Matka próbowała barykadować drzwi wyjściowe, żebym się czasami nie wydostała. Zastawiała też łapki na myszy, żebym skusiła się na jakiś ochłap jej udawanej miłości. Mówiła do mnie poczekaj namaluję ci portret. Poczekaj przygotuję ci gorące mleko z miodem. Poczekaj przemienię cię z gronostaja w żmiję. Wyszłam z tej wanny i wybiegłam z ich mieszkania, ale nie potrafiłam wydostać się na zewnątrz budynku, w którym było to ich mieszkanie. Biegłam schodami to w górę to w dół, raz byłam bliżej słońca, raz bliżej księżyca. Biegając tam i z powrotem coraz bardziej przypominałam ognistą strzałę, która szukała miejsca, gdzie mogłaby się wydostać z tego więzienia. Gdy tak biegałam mijałam inne mieszkania w tym budynku, w których wciąż trwały różne sceny z mojego życia, wszystkie tak samo brutalne i trudne do zniesienia. Tyle było tych mieszkań ile sytuacji w moim życiu. Tyle było tych drzwi ile zdarzeń, które mnie dotyczyły. Za drzwiami każdego z tych mieszkań byłam ja, ale wciąż nie mogłam przedostać się do siebie by sobie pomóc. Słyszałam swój krzyk, słyszałam swój płacz, słyszałam swoje wołanie o pomoc, słyszałam swoje modlitwy. Budynek wydawał się, że nie ma końca i wszędzie było to ale, że tam jestem ja, ale nie ja bo to prawdziwe ja uciekło, pozostała tylko atrapa mojego ja. To ta atrapa dawała mi sygnały, że jeszcze jest, że jeszcze żyje. Bo ja nie uciekłam z Kilińskiego, ale z Kościuszki, może wtedy, gdy skoczyłam na główkę ze swojego łóżeczka. Zupełnie nie rozróżniałam, czym jest przestrzeń i nie rozumiałam, czym jest niebezpieczeństwo. Skoczyłam tak jak skacze się do wody. Może wtedy przebiłam podłogę i kolejną podłogę i znalazłam się na dnie jakiegoś oceanu. Leżałam tam jako zatopiona perła, może muszla, może jakieś pudełko. Nikt nie wiedział o moim istnieniu na dnie tego oceanu. Nawet matka, która gdyby wiedziała pewnie zaczęłaby zarzucać tam swoje sieci. Chciałaby schwytać gronostaja, który przebywał w swoich głębiach. Gronostaj był nie tylko gagetem z portretu, ale czymś, co mogło zagrażać postaci z portretu. Matka to wiedziała, powoli unicestwiając gronostaja. Pomalowała jego białe futro na czarno i wystawiła na widok publiczny mówiąc to jest nasze piekło. Doczepiła gronostajowi skrzydła i koronę wyśmiewając go razem z tłumem. Potem kazała gronostajowi udawać żmiję. Na koniec chciała gronostajowi wyrwać język, żeby nigdy nie mógł powiedzieć, że jest gronostajem i że tak naprawdę już nie jest z tą postacią z portretu.

© Ewa Sonnenberg

  • Dodaj link do:
  • facebook.com