Nazywałem go Panem Strażakiem. Tak mówię o nim w „Cię-mności”. Był dla mnie (jest) tą ważną, istotną osobą, uwyraźniającą kontur mojego życia. Urzeczywistnił moje dziecięce marzenie o byciu strażakiem. Dzięki niemu byłem wywindowany drabiną strażacką na wysokość pozwalającą mi widzieć moje rodzinne miasto z horyzontami sięgającymi Tatr. Był rzeczywistym pasjonatem teatru. Entuzjastycznym i profesjonalnym. Jego śmierć wydaje się zaskakująca. Przecząca żywotności kogoś, kto z Feniksem powstającym z popiołów miał niemal codzienny kontakt. Nie zdążyliśmy przejść na ty. Ale ta śmierć nas jakoś spoufala. Trzymaj się, Dominiku, drabiny do nieba.
© Bogusław Kierc