copyright © https://www.facebook.com/maslowskimarcinn 2025
W „Schyłku” Romana Cieplińskiego wszystko zmierza ku nieuniknionemu końcowi. To niewyrażone w tekście wprost, a jednocześnie nakreślone począwszy od tytułu książki założenie, może wywoływać niepokój („Od dawna wisi coś w powietrzu, trudno nie zauważyć, że napięcie rośnie”). Spodziewamy się braku happy endu („Pozory spokoju zdają się tylko potwierdzać, że coś jest nie tak”), bo nawet sącząca się z radia muzyka jest przeciwko nam („Z głośnika płyną dźwięki śmierci”), ale im głębiej wejdzie się w historię, jaką prezentuje autor, okaże się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. A zatem, odwagi!
Rolę ciasteczka, które przywołuje wspomnienia, jest niespodziewana śmierć dawnego przyjaciela. I odtąd bohater „Schyłku”, którego nazwisko podejrzanie zaczyna się na tę samą literę, co nazwisko autora, rozpoczyna snuć opowieść, w której główne role grają dawne miłości, miłość obecna, miłość niespełniona i zdradliwa, wreszcie on (C.) i jego dawny przyjaciel (niech zwróci uwagę fakt, że jego nazwisko występuje w nieskróconej formie). Kazimierz kochał Weronikę w sposób absolutny i absolutnie platoniczny. Była to miłość sztubacka, głupia i tajna, tajna tak bardzo, że sama zainteresowana nie zdawała sobie sprawy z gorącego uczucia mężczyzny, który nie miał śmiałości się do niej zbliżyć.
Ujmujące są powpinane w tekst opisy codziennych błahostek, które niczym wydłubywane z keksowego ciasta rodzynki otwierają się na nostalgiczny świat wspomnień. Ironicznie i nieco złośliwie autor pokpiwa sobie z codzienności – niech przykładem będzie postać radnego, który daje się złapać na obscenicznym filmie puszczonym przez przypadek „w eter” albo belgijska królikarnia, placówka edukacyjna, w której przebiera się za futrzaki, aby dowiedzieć się, czym jest prokreacja.
Można powyższe opowiastki, jakże zgrabnie wplecione w główny nurt opowieści, traktować jako przykłady zepsucia gnijącego świata, którego nie warto ratować (no bo i dla kogo?). Roman Ciepliński ocenia ludzi jednoznacznie – to istoty nasączone złem, bo zło jest wszędzie i wszystko przenika, a tym bardziej duszę – nie ma więc dla ludzkości nadziei. Wówczas „Schyłek” okazuje się być końcem absolutnym. Można jednak odczytywać je z przymrużeniem oka, a wówczas być może gdzieś z tyłu czaszki pojawi się postać houellebeckowskiego prześmiewcy, przemielona przez polską rzeczywistość i historyczną przeszłość, zwłaszcza tę sprzed 1989 roku, która jest jak wypalone znamię, i która mimo upływu lat zbyt głęboko zapuściła korzenie w tamtych pokoleniach, by teraz dać się łatwo wytrzebić. Nie dziwi autorski pomysł, by ludzie „w pewnym wieku” opuszczali swe rodziny i przenosili się na przykład do lasu, odsuwali się do bliskich dla swojego i ich dobra. Mieliby wówczas święty spokój i „nie marnowali życia swoim małżonkom, dzieciom, sąsiadom”. Przez C. przemawia pragmatyczny cynizm?
Niech zatem najlepszą radą będzie ta, by czytaniu „Schyłku” towarzyszył śmiech pusty, lecz przez łzy rzęsiste.
A sam pan C.? Czy da się go polubić? Czy jego niezadowolenie, rosnąca irytacja i rozdrażnienie wywołane otaczającym go wrzaskliwym, dziwnym światem (czas pandemii był kolejnym potwierdzeniem tej binarności) jest zrozumiała i rzeczywiście nam nieznana? Czy dosadność wypowiedzi i ocen, szczere wyznania o miłości do kobiety („paskudna jędza, którą jeszcze przed paroma godzinami miałem ochotę udusić”) i „łapaniu” się na myślach, że jego z nią związek jest klęską, błędem i ciągiem niekończących się udręk, a jednocześnie przykra konstatacja, że tyle samo jest w nim, C., winy, jak i jej, powinny oburzać? A może, tak sobie myślę, że C. jest jak każdy z nas? Tyle że ma odwagę i miejsce, by objawić prawdę o sobie, nawet jeśli to jest prawda bolesna.
Uczuciowa niemoc C. i miłosna bezradność towarzyszy mu także jako twórcy – C. jest pisarzem i cierpi na… niemoc twórczą (cóż za zaskoczenie!). Pisanie kojarzy się mu z brzydotą i cierpieniem. Także i na tym polu Ciepliński po mistrzowsku wbija szpile autorom, grafomanom i literackim krytykom, którzy „muszą się wywodzić ze strasznego plemienia. Tryskają żółcią i jadem”. Niskie pobudki oraz literatura, woła zrozpaczony, pochodzą z rozgoryczenia – a tego przecież niemało. Prawda kolejna to taka, mówi C., że bez względu na wykonywany zawód, frustratów, którzy mają wpływ na losy innych, jest pełno. A to straszliwe spostrzeżenie.
Ostatnim bohaterem „Schyłku” jest miasto. Ono także występuje jako literowy skrót, ale nietrudno je rozpoznać. To miasto korków i nocnych wypadów, ulicznych latarni, nieznośnych hałasów i ludzi przemykających po chodnikach. Jest pustą sceną, głuchym na narzekania odbiorcą okrzyków i skrywanych myśli, biernym obserwatorem świata, który chyli się ku upadkowi.
„Schyłek” zapewnia ciekawą, wyjątkową literacką wyprawę. Zgrabne zestawienie egzystencjalnych rozterek z szyderczym, niekiedy wisielczym poczuciem humoru nakłania do porzucenia wygodnych bamboszy i przyjrzeniu się sobie oraz osobom i rzeczom, które nas otaczają z nowej perspektywy. To proza wymagająca i bezwzględna. Polecam.
Marcin Masłowski
Roman Ciepliński Schyłek — http://www.wforma.eu/schylek.html