copyright © https://sztukater.pl 2025
Artur Daniel Liskowacki w „Mariaszu” wznosi się na wyżyny swojego talentu, doprowadzając poetycką formę powieści niemal do wirtuozerii, tak gęsta i skupiona jest ta proza. Otrzymujemy jakby dwie powieści w jednej, połączone osobowością bohaterów i emocjami, jakie napędza łącząca ich relacja, trudną do zdefiniowania zależnością, oscylującą między fascynacją i niechęcią, z domieszką lęku. Antoni Malczewski i pani Zofia Rucińska, mężatka, obsesyjna kochanka, związek w początkach wieku XIX potępiany, w dodatku naznaczony nerwową chorobą i oddechem śmierci. I współczesność. Muszka, chłopiec na wakacjach, z matką, ale jakże daleką i ojcem jeszcze dalszym. Przypadkowe spotkanie z Nieznajomym nadaje jego życiu, pomimo grożącego niebezpieczeństwa, wreszcie nieco sensu.
Gdy czytamy pierwsze zdania, wpadamy w książkę niczym w zasysający wir, który już nas nie puszcza, wciągając w świat pogmatwany i duszący, lepki, pełen papierosowego dymu i wilgoci. Autor stosuje pięknie nasycone obrazowanie, które jest niezapomnianym daniem dla wszystkich zmysłów, daniem wyrafinowanym, przesyconym aromatami, intrygującym kolorem i teksturą, daniem magnetycznym. Często też niezbyt przyjemnym, wedle wymagań fabuły, zbiorem odstręczających, wprawiających w pomieszanie bądź wymuszających litościwe odwrócenie wzroku obrazów. Ta literatura mówi do nas językiem różnorodnym i bogatym, wyzwalającym wyobraźnię, niemalże barokowym, wymagającym maksimum uwagi, byśmy mogli delektować się jego melodią i należycie docenić każdy z walorów.
Cudowna jest narracja tej części powieści, której akcja rozgrywa się w Królestwie Polskim w 1826 roku, by później cofnąć się o rok, w celu prześledzenia całej drogi wydarzeń. Stylizacja języka, kunsztowna, a zarazem w pełni czytelna, prowadzenie myśli Zofii w sposób świadomie chaotyczny, nerwowy, przetykany wtrąceniami, fragmentami piosenki, zauważonym nagle, w jednej chwili, detalem, który odwraca uwagę, współgra z jej chybotliwym stanem psychicznym, bezradnością i neurotycznym pobudzeniem. Nie da się chyba lepiej zobrazować stanu nerwów, jak poprzez rzut światła na rozedrgane wnętrze bohaterki, odtworzenie drogi impulsów od narastania neurastenicznego napięcia, przez splątanie i dekoncentrację aż do rozładowania czy też całej serii rozładowań.
Wszystko tutaj przyszarzałe, w tym pokoju o zielonych, a jakby sinych ścianach, zimnym, pełnym niechętnego milczenia. Za oknem siąpi deszcz, spływa łzawo po zakurzonych szybach, pewnie płacze na widok cienia już, nie mężczyzny, drżącego z gorączki i bólu na posłaniu. M. jeszcze nie wie, że zostało mu zaledwie parę godzin, a i tego dużo, jak na boleści rozdzierające mu trzewia, jak na to życie „wessane weń jak strzyga”, pożerające go od środka. Zofia, wiecznie cierpiąca, bezradna, oplata go ciasno, niby bluszcz, przy okazji odbierając mu swobodny oddech i odwagę, by stanąć do walki. Zabija go nędza, ciasnota i toksyczny związek z kobietą modliszką. Ten skulony w piernatach szkielet to przecież Antoni Malczewski, pełen pasji poeta i nieulękły zdobywca, jeszcze nie tak dawno taksujący wzrokiem zwycięzcy panoramę ścielącą się u stóp Mount Blanc. Był ósmą osobą na świecie, która miała odwagę wdrapać się na ten szczyt. Teraz nie ma już sił nawet na głębsze westchnienie.
Wniknięcie w głąb psychiki, uchwycenie samej esencji myśli i odczuć jest tutaj równe czułości aparatu rentgenowskiego, obnaża poszczególne warstwy, kroi na drobniutkie fragmenty, wydobywa z nich to, co niewidoczne i niedostępne mniej uważnemu spojrzeniu, nie do końca zrozumiałe i teraz. „Nigdy potem nie będzie już tego tak czuł. Tego, co teraz, wciśnięty w kąt powozu, w terkotliwym truchcie przez ciemne, obce miasto. Tego, co teraz, zamknięte w jego milczeniu, skulone niby chore zwierzę, tężało w nim, umierało i zapominało o sobie”. Niewiele rzeczy da się opisać wprost, autor próbuje różnych sposobów, by pozwolić nam zobaczyć niuanse, używa porównań, metafor, symboliki, pozwala słowom płynąć na obłoku fantazji, niekiedy ukazując ledwie ich cień, przypuszczenie...
Artur Daniel Liskowacki splótł w jedno dwie osobne historie, rozdzielone niemal dwusetleciem, a jednak jakoś podobne, współrzędne. Łączy je przegrany bohater i jego z góry zdeterminowany los. Czujemy to, wiemy z całą pewnością, że wrzucony został w sytuację, w której coraz głębiej grzęźnie, z której nie ma dobrego wyjścia, co ów bohater przeczuwa, choć myśli tej nie chce zrazu do siebie dopuścić. Przygnębiająca beznadzieja, szczerząca do nas w szerokim uśmiechu triumfu swe siekacze, zdaje się być wszędzie, wyłazić z każdego kąta, wynurzać się z cienia drzew, stukać drzwiami szafy, dudnić krokami na ganku i wybrzmiewać w złowieszczym krakaniu wron. To wszechogarniająca martwota, która każe zatrzymać się w pół kroku, milknąć w pół zdania, wstrzymywać oddech i uciszać galop bijącego serca, w przewidywaniu czegoś niespodziewanego, co zaraz spadnie na bohaterów, by jeszcze bardziej przygnieść ich do ziemi. I jeszcze jedno. Samotność. Obezwładniające sieroctwo pośród ludzi, które boli, a jeszcze mocniej uwiera świadomość, że nic nie można z tym zrobić, że to stan ciągły, nieskończony. Świat, nawet najbliższe otoczenie, pozostaje obojętny i daleki, niezainteresowany zgryzotą bohatera, po prostu jej niezauważający. M. podsumowuje więc: „...ja tylko mówię, że nic po naszym doświadczeniu, nic po przestrogach świata. Staje się to, co ma się stać. Choć byśmy i przeczuwali, że się stanie”. Żaden z bohaterów nie jest tak naprawdę u siebie, wchodzą w zastany układ, rozpychają się w nim, burząc jego pierwotną stabilność i przewidywalność. To zaś nie może pozostać bezkarne. „Mariasz” jest także opowieścią o zależności, ubezwłasnowolnieniu, wampirycznym wzięciu w posiadanie za pomocą miłości albo strachu, podstępem bądź wprost, ważne, by więzy zostały zadzierzgnięte mocno i trzymały bardzo blisko.
Artur Daniel Liskowacki wyczulony jest na każdy drobny gest, najcichsze westchnienie i ledwie przemykającą opłotkami zmysłów myśl. Drobiazgowa analiza przeżyć, przeczuć i działań bohaterów, rozciągająca każdą minutę ich życia w wielozdaniowe sprawozdanie, wyklucza szybkie tempo akcji, co absolutnie nie oznacza, iż powieści brak jest dynamiki i napięcia. Jest ono po prostu inne, skupione we wnętrzu, momentami bliskie wybuchu szaleństwa, obłąkane. Nie jest to z pewnością literatura dla każdego czytelnika. To proza wymagająca i wyczerpująca, denerwująca i zachwycająca zarazem. Drażnią nas bohaterowie, ich bezwolność wobec okoliczności, z góry przesądzająca o przegranej, ich histeryczność oraz brak decyzyjności, jakby lewitowanie w próżni. Nie ma w nich radości, ale nie ma też gniewu, buntu. Prócz smutku na zmianę z obojętnością nie obserwujemy nic więcej, zupełnie jak u kogoś, kto tylko na wpół żyje, nie do końca wybudzony z somnambulicznego letargu.
Autor dysponuje całym ogromnym i zróżnicowanym zasobem literackich możliwości, słownictwa, jego modyfikacji i przeistaczania w nowe, nieoczywiste znaczenia, by te skomplikowane stany wewnętrzne precyzyjnie nam przybliżyć. Czyni to z maestrią, staje się zegarmistrzem słowa, jubilerem frazy. Nie boję się określić „Mariasza” mianem powieści poetyckiej i jednocześnie psychologicznym rozbiorem jednostki. Uważny, skupiony czytelnik z pewnością będzie czerpał z lektury moc satysfakcji.
Mariasz różnych osobowości, wzajemnie niekoniecznie dobrze na siebie oddziałujących, jednak przyciągających się z siłą potężnego magnesu, niczym trucizna i antidotum, mariasz dwojga samotnych statków, błąkających się na falach życia. I to pytanie, bez odpowiedzi, natrętnie powracające: kto tutaj kogo bardziej potrzebuje, kto kogo bardziej zawłaszcza? Mariasz czyli wieczna rozgrywka, zależna głównie od szczęścia i ślepego losu. I nasz mariasz z prozą Liskowackiego, równie niełatwy, podobnie jednak mocno trzymający nas w uścisku, w oczekiwaniu dalszego ciągu, kolejnej frazy, w nadziei, iż może jednak bohaterowie, kręcący się w kółko na mieliźnie rzeczywistości, nabiorą wiatru w żagle i popłyną śmiało ku czemuś lepszemu, na co już chyba stracili nadzieję.
6/6
Doris
Artur Daniel Liskowacki Mariasz — http://www.wforma.eu/27,mariasz.html