Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Krzysztofie, Twoje słowa brzmią dla mnie obco. Przystaję na ciężar, którym obarczasz intelektualizm, bo każdy z piszących na niego przystaje i każde „tak trzeba”, „tak-nie”, „czym jest poezja, która ocala”, „czym jest poezja, która nie ocala” wyrasta z tego ciężaru. Ale Ty chcesz więcej, wskazując na ten sam mityczny grzech założycielski, znany od wieków, czyniąc z niego ciężar de facto nie do przejęcia i nie do zniesienia, kamień młyński, który uniemożliwia – w moim najgłębszym przekonaniu – działanie w pisarstwie pierwotne, gruntujące, działanie wolności: transcendencję w literaturze – tematów, podmiotów, języka, światopoglądu, wreszcie: osoby pisarza – jego mowy i głosu. „Nie sposób przedrzeć się z nimi w ustach bez dewaluacji”, powiadasz. Ale to postawa idealisty obiektywnego, skrajnie inna od postawy idealisty wolności (te dwa ujęcia wprowadzał swego czasu Dilthey). To, więc co mi zarzucałeś – że patos pisarski wynikałby z resentymentu – odnajduję w Tobie mówiącym podobnym resentymentem: że dość literatury zrodzonej z nieświadomości, z grzechu założycielskiego, z manii wyparć, powtórzeń, z trwania w aurze dobrego myślenia o sobie. Skąd ta boska świadomość tego, co dobre i złe? Skąd prawo do hermeneutycznej podejrzliwości, którym nieustannie legitymujesz swoją retorykę? Skąd gniew, który przypisujesz mi od początku naszej rozmowy, choć ja sam wspomniałem o nim zaledwie mimochodem?
To jasne, odpowiesz: z tradycji europejskiej myśli, z tradycji kartezjuszowskiego wątpienia, wątpienia pierwszego hermeneuty, ojca hermeneutycznej nowożytności. Częścią tego samego dziedzictwa jest jednak i Tomasz Mann piszący Józefa i jego braci. Nalegam więc, odpowiedz. Czy uważasz, że pisząc ten utwór, Mann myślał o grzechu założycielskim? Owszem – ale tylko jako o narzędziu, bodźcu, który wykorzystywał jako instrument stymulujący jego myśl, twórczą refleksję. Literatura według Manna – tak uważam – nie była bowiem religią, toteż nieuprawnioną ekwiwokacją byłoby przenosić na jej dziedzinę pojęcia grzechu, winy: nawet grzechu założycielskiego oraz winy założycielskiej. Czy arcydzieło w swojej semantyce dopuszcza w ogóle taką możliwość: czy mogłoby wyrastać z winy założycielskiej, z ograniczenia winą założycielską czy raczej – wyrastałoby z twórczej nad winą założycielską refleksji? Postawa literacka powinna przekraczać literaturę w stronę życia, nie tylko w stronę Boga – w tej mierze w obydwu wariantach staje się postawą transcendentalną, wolną od gniewu i resentymentu. I nie ma to nic wspólnego z Faustem czy z Hamletem. Nie wymaga hermeneutycznej podejrzliwości Mefistofelesów, Fortynbrasów. Nie ma to również nic wspólnego ze „snami o potędze”. Raczej dotyka ludzkiej potrzeby wolności-we-własnej-naturze. Także twórczej. We własnej naturze – nie poza nią – daje się odnaleźć wiecznie bijące, transcendentalne źródło pytań o siebie, a także dopytywań; źródło wolności. Nie intelektualne. Nie antyintelektualne. Humanistyczne, mocne humanizmem poza intelektem.