Nowości 2020

Roman Ciepliński Ukryte myśli
 

Nowości 2019

Dejan Aleksić Jak to powiedzieć

Jarosław Błahy Rzeźnik z Niebuszewa

Kazimierz Brakoniecki Twarze świata

Tomasz Hrynacz Dobór dóbr

Piotr Kępiński Po Rzymie. Szkice włoskie

Bogusław Kierc Osa

Andrzej Kopacki Inne kaprysy

Artur Daniel Liskowacki Brzuch Niny Conti

Tomasz Majzel Osiemnasty

Dariusz Muszer Człowiek z kowadłem

Dariusz Muszer Wiersze poniemieckie

Elżbieta Olak Otulina

Paweł Przywara Ricochette

Karol Samsel Autodafe 2

Bartosz Suwiński Bura. Notatnik chorwacki


Paweł Tański Okolicznik północnych pól

Andrzej Turczyński Czasy i obyczaje. Wariacje biograficzne

Andrzej Wasilewski Jestem i

Sławomir Wernikowski Passacaglia

Jurij Zawadski Wolny człowiek jeszcze się nie urodził

 

"Pod prąd rzeki Heraklita", ArtPapier 176, 15.04.2011

Recenzje » Recenzje 2011 » "Pod prąd rzeki Heraklita", ArtPapier 176, 15.04.2011

copyright © ArtPapier 2011 (http://artpapier.com/?pid=2&cid=1&aid=2824)

Rozpocznijmy od wysokiej nuty – życie to nie jest coś, co łatwo składa się do kupy, zwłaszcza jeśli wiele się w nim dzieje, tym bardziej zaś, gdy ma się ambicję opowiedzieć o nim w sposób dla innych zrozumiały. A wszakże za decyzją o udostępnieniu własnej przeszłości innym (jak to jest w przypadku wydania autobiografii) powinien stać taki zamiar – autobiografia to literatura, a ta, w przeciwieństwie do wielu innych rodzajów sztuki, bazuje na zrozumieniu, na tym, że czytelnik mniej więcej (nawet zważywszy na postmodernistyczną lekcję interpretacji) może pojąć – a nie tylko odczuć – intencje twórcy. Kto więc poweźmie ambicję, by swoje życie sumować w słowa, musi zapędzić wspomnienia i resztki przeszłości jak stado przerażonych kur, tak by nie rozchodziły się cały czas gdzieś po kątach.

„Podróż mojego życia” to jednak nie autobiografia w sensie ścisłym, bo choć – oczywiście – co nieco się w trakcie lektury o życiu autora dowiadujemy, to są to informacje starannie dozowane, rzadko zwłaszcza dotykające tak zwanej problematyki osobistej. A jeśli już – to zawsze w kontekście dwóch dominant, które wyznaczają rytm całej opowieści. Leszka Szarugę, historyka literatury i poetę kojarzonego z Nową Falą, wyraźnie interesują dwa aspekty własnej biografii – „życie w przestrzeni zdegradowanej polityki i życie w przestrzeni wyabsolutyzowanej literatury”. Wspomnienia należy traktować więc raczej jako autobiografię intelektualną i polityczną niż prywatną.

Przy okazji lektury „Podróży mojego życia” naszła mnie (a więc osobę należącej do roczników, które nie załapały się na żadne „doświadczenie pokoleniowe”) taka oto refleksja – dobrze (niedobrze być może w sensie życiowym, ale więcej niż dobrze z punktu widzenia biografii), gdy rytm życia wyznaczają człowiekowi wydarzenia polityczne – wyraźne cezury, na tle których można siebie usadowić i po latach zlokalizować. Szaruga koncentruje się przecież na marcu 68 czy grudniu 81 nie dlatego, że to w jego życiu zaszło wtedy coś istotnego, lecz z przyczyn dość oczywistych – miało miejsce coś, co – choć osobiście go angażowało – również poza niego wykraczało. Podobne doświadczenia organizują biografie według pokoleniowego klucza, spajają je, wyznaczają im jakiś wspólny wektor – wartość to niebanalna, zwłaszcza jeśli późnej przymierzać się do spisania własnej historii.

A przecież i tak, nawet z tymi porządkującymi, odgórnie narzuconymi jednostce przez Historię doświadczeniami, stworzenie autobiografii wydaje się Szarudze ledwie możliwe. Przeszłość bowiem zwykle albo stawia opór (było tak czy siak, a może jeszcze inaczej?), albo – częściej – po prostu odpływa gdzieś za bury horyzont pamięci, pozostawiając uczucie nierealności: „I, myślę sobie – notuje w pewnym momencie autor – może rzeczywiście nie było tego, co było”. Ostatecznie każda autobiografia jest grą autora z własną pamięcią – z tym, co się chce zapamiętać, z tym, czego się pamiętać nie ma ochoty, i z tym, czego po prostu z pamięci wydobyć już w czytelnym kształcie nie sposób. „Życiowa podróż jest dla mnie przede wszystkim dochodzeniem do siebie (...) Mogę zatem uznać, że jakieś moje »ja« wędruje sobie przez swe własne odmienności, swe zmiany i przemiany”. Opowiadanie innym jest więc jednocześnie opowiadaniem sobie, śledzeniem swoich własnych, pogubionych w czasie, inkarnacji.

Życie Szarugi pełne jest literatury, co u historyka literatury i poety dziwić zresztą nie może. Tym bardziej zaś staje się to oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę, jak wyglądało jego spędzone w powojennym Szczecinie dzieciństwo. Ojcem autora „Podróży...” był wszakże Witold Wirpsza – pisarz niezbyt przychylnie obecnie kojarzony – a w domu bywali i Różewicz, i Woroszylski, i Andrzejewski, i Szymborska.

Szaruga ma osobiste powody, by poświęcić sporo uwagi próbom zrozumienia politycznych wyborów twórców, którzy po 1945 roku postanowili piórem wesprzeć nowy ustrój, zafundowany Polakom na mocy propozycji nie do odrzucenia. Wirpsza i poczet jego znajomych swego czasu wyraźnie opowiedzieli się po stronie nowej władzy i – to też należy dopowiedzieć – później nierzadko to zaangażowanie odbijało im się – moralną – czkawką. Do tego stopnia, że na przykład Andrzejewski, popełniwszy onegdaj dziełko „Partia i twórczość pisarza”, później (wedle relacji matki Szarugi, Marii Kureckiej, której zawdzięczamy choćby przekłady „Doktora Faustusa” i „Śmierci Wergilego”) „zaczął w bibliotekach wykradać tę książkę”.

Czytając tom wspomnień Szarugi, łatwo ulec chętce na jakże popularną ostatnimi czasy rozrywkę – „polowanie na czarownice”, zwłaszcza że sam autor wyraźnie unika zbyt jednoznacznych ocen. Zawołanym inkwizytorom, którym duchowym daltonizm pozwala widzieć jedynie w dwóch kolorach – czerni i bieli, refleksje autora „Podróży...” będą zdecydowanie nie w smak. Nie uświadczymy tu spektakularnej apostazji rodzinnej w stylu Pawlika Morozowa. Szaruga stawia raczej na dyskrecję, powściągliwość i próbę zrozumienia– metodę mało popularną w czasach tabloidów – co powodowało tymi ostatecznie świadomymi sytuacji ludźmi. „Zawsze chciałem zrozumieć, co się w tych głowach wtedy działo, skąd brała się ta wiara, ślepa, bezwzględna, nieustępliwa, odrzucająca będącą w zasięgu ręki wiedzę o faktach. Tych kilku facetów (...) żyło poza rzeczywistością. (...) Jak to było możliwe? Przecież, wiem o tym, nie byli to wszak ludzie pozbawieni rozumu”.

Temat dla samego Szarugi musi być trudny, bo odpowiedzi na zadane sobie pytania nie znajduje. A jeśli już jakiejś udziela, brzmi ona – delikatnie rzecz ujmując – mało przekonująco (jak mało przekonująco – zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy – brzmią tłumaczenia Miłosza o „heglowskim ukąszeniu”): „Wiem, że to, co pisali, było wyrazem wiary autentycznej, nie stanowiącej sposobu na zagłuszenie strachu przed Sowietami, nie będącej pogonią za dobrami doczesnymi”. Niebezpiecznie jest podpierać się w argumentacji takim stanowczym i gołym „wiem” – zwłaszcza że zbyt łatwo przeciwstawić mu „wiem” swoje i jeszcze dosadniejsze (a wystarczy nieco rozejrzeć się dookoła – kontekst 10 kwietnia jest jak najbardziej na miejscu – by przekonać się, do czego prowadzi zbytnie rozmnożenie takich „wiedzących”).

Szaruga z tej trudnej dlań konfrontacji wychodzi jednak z twarzą. A musi zmierzyć się choćby z faktem, że jego ojciec (po 1968 roku zmuszony, nawiasem mówiąc, do emigracji) bezpardonowo atakował (a można i mocniej – po prostu sekował) Miłosza za „Traktat moralny”. Szaruga pisze o tym uczciwie i bez wykrętów: „Gdy po latach ten tekst (...) odkryłem, czułem dławiące poczucie wstydu”.

Podobnie zresztą, jak przekonująco, unikając patetycznej nutki, branej często przez tych, którzy mieli okazję posiedzieć w PRL-owskim więzieniu (a Szaruga miał), pisze o swych opozycyjnych doświadczeniach. Mówi prosto i bez zadęcia, zdając raczej relację, niż strojąc się w piórka bohatera opozycji: „więzienie nobilitowało, dawało w mniemaniu wielu uczestników naszych spotkań, prawo do traktowania siebie jako rewolucjonistów. Więzienie, a właściwie jego mglista i w gruncie rzeczy nie traktowana poważnie perspektywa, stanowiła istotne, niemal niezbędne dopełnienie tego, co robiliśmy (...) Czyniło nasze postawy i wypowiedzi czymś więcej niż prywatną, towarzyską zabawą”.

Najważniejszym jednak – ważniejszym nawet od polityki i literatury, mimo że zajmującym stosunkowo mało miejsca – aspektem tej książki wydaje mi się refleksja na temat sposobów, w jaki autobiografię się buduje, jak się ją składa (bo każda rekonstrukcja jest właśnie tym – lepieniem czegoś, co przestało być całością), a jeszcze szerzej rzecz ujmując – jak się w ogóle pamięta? Pamięta się zaś według Szarugi jakoś pokrętnie i mało logicznie, nierzadko pamięta się bez związku z innymi wspomnieniami – albo i im na przekór. Pamięć to bowiem instrument nielogiczny, zwłaszcza wobec usiłującego pamiętać.

Dlatego porządek jest tu raczej umowny – niby autor, począwszy od 1946, roku swego urodzenia, wspina się po drabinie lat, niby brnie przez czas w naszą stronę, ale co i rusz przystaje, zwalnia, wykręca, zapuszcza się w jakąś odnogę. „Ta (»auto«)biografia zapisuje się na zdarzeniach mego życia i wydarzeniach historii, oba wątki zaplatają się i rozplatają, ja zaś coraz bardziej czuję się uwikłany w trudności relacji, opowiadania, świadectwa. (...) (»Auto«)biografia nie może zostać pochwycona w formę, gdyż jest zawsze niedomknięta, nigdy nie ogarnia całości doświadczenia. Jest rozdarta, dwoista, zmierza do rozsadzenia »autonomii literatury«bądź prowadzi do kolapsu formy”. W „Podróży...” od czasu do czasu – zwłaszcza w momentach, gdy po raz drugi i trzeci, niemalże w ten sam sposób, z identycznej perspektywy, Szaruga wspomina jakieś wydarzenie czy ciąg zdarzeń – czuć, że własne dzieło wymyka mu się z rąk. W pewnej chwili wywiesza wręcz białą flagę i kapituluje: „Niech już zostanie taki chaos, poplątanie, fragmentaryczność”. Autor nie powinien może być tak nieostrożny, by się dekonspirować i przyznawać, że forma mu się rozłazi („piszę to wszystko w odcinkach i powoli zaczynam się gubić, tracić wątek, zapętlać się w narracji, którą powoli przestaję kontrolować”), ale to w końcu prawo pamięci – wędruje, kędy chce, a my posłusznie za nią podążamy.

To, co sprawia, że lekturę „Podróży...” kończy się z uczuciem niedosytu, że książka jest ciekawa, ale jednak nie pasjonująca, to fakt, że Szaruga „ślizga” się nieco po wydarzeniach, nie wchodzi w ich głąb. Nie uświadczy się tu masy barwnych dykteryjek, anegdot lub skrzących się jakimś skandalikiem plotek – a więc tego wszystkiego, co zwykle buzuje pod powierzchnią oficjalnego życia. Szaruga nie pozwala sobie na osobiste wycieczki, nie zasadza się na niedyskrecje (co najwyżej opowiada, z kim – a lista jest doprawdy pokaźna – pijał wódkę). Nieco więc brakuje w „Podróży...” tego, po co (bądźmy uczciwi, Szanowni Państwo) zwykle się do podobnych wspomnień sięga (o ile, rzecz jasna, nie jest się jakimś udręczonym adiunktem, który w pocie czoła płodzi literaturoznawczą dysertację, wieńczoną zwykle chwalebnym tytułem naukowym i bezpowrotną utratą paru lat życia) – napięcia, tempa, pieprzu. Szaruga waży racje, dosadnych ocen unika, opinie tonuje, sprawiając tym samym, że jego relacja płynie powoli, niekiedy wręcz zbyt sennie. Jest wyraźnie zbyt dyskretny, by o kimś źle się wyrazić, co jest oczywiście cnotą dżentelmena, lecz pisarza – już nie zawsze. Trochę szkoda, że autor nie popuścił sobie nieco bardziej wodzy, bo – z całą pewnością – materiału miał aż nadto.
Grzegorz Krzymianowski


Leszek Szaruga Podróż mego życiahttp://wforma.eu/165,podroz-mego-zycia.html

  • Dodaj link do:
  • facebook.com