8 września, 4
Zmęczenie i słabość chwytają D. i mnie. Z tego wszystkiego we mnie się robi w środku głód taki sam jak moja waliza pancerna. Idziemy coś zjeść. Tłumy tu i tam. Wchodzimy do dziupli obsługiwanej przez Pakistańczyków. D. zamawia colę, ja warzywa, kaszę i różne niezwykle sosy do środka naleśnika owiniętego w folię. Patrzymy na nasze toboły, które większe i cięższe się zrobiły. Idziemy, a one za nami. I wszyscy razem wsiadamy. „Uznam” pędzi na złamanie karku: Wyszogród, Kutno, Włocławek przemyka i robi się nieważny. Toruń. Żona D., A., odbiera nas i nasze toboły. Wjeżdżamy w rozświetlenie nasze. Czarność.
© Maciej Wróblewski