Przez miasto w gęstym drobnym deszczu, zatartym krajobrazie, który oczekuje na kolory, osoby, zdarzenia. Tak jak lubię. Dobrze się czułem w szaro błękitno białych przestrzeniach, zaułkach, przejściach podwórkami od ulicy do ulicy. Pozagradzali mi teraz, zakryli płaszczyzny, nie ma miejsca na kolor w rzygowinach kolorów. Cierpię od słów gdzie powinno biec światło, żyć i starzeć się kolory. A przecież teraz tu jeszcze mniej szacunku dla wspólnej przestrzeni. Właściwie wspólna nienaznaczona hasłami przestrzeń w zaniku. Czas widzialnej przemiany formy w jej pył, rozproszenie, duchową obecność, był, jest moim czasem. To nie lubiane uczucie, mam być pewny swoich poglądów i kupować idee. U mnie wigilia po prostu jutrzejszego dnia, zupa grzybowa, dziś wigilia dnia, jutro dzień. Do grzybów i grzybowej wrócę, bo to bardzo zmysłowy świat.
© Grzegorz Strumyk