Przed chwilą minęło południe i siedemdziesiąt pięć lat od faktu moich narodzin. Ciekawi mnie ta chwila mijająca po dzwonieniu na Anioł Pański – ta chwila przeciwstawiona latom całego dotychczasowego życia. W autobusie 107 stanąłem obok zakapturzonego chłopca w czerwonych butach na nogach bez skarpet, rozmawiającego z androidem przy uchu. Nigdy nie byłem taki młody, albo w takim „byciu młodym” jak on. Mój akt urodzenia (czy – świadectwo urodzenia) jest po niemiecku, bo w czasie wojny i okupacji. Imię wydaje się napisane po łacinie – Boguslaus.
Dobiegałem do wieku tego mojego współpasażera innymi traktami i nie zdążyłem wzuć czerwonych butów na bose stopy w zimie, ani przyłożyć jakiegoś androida do ucha. Nie o to chodzi. Chodzi (chodzi we mnie, biega, pływa, skacze) to coś, co nie przemija, co jest współodczuwaniem bycia (bycia w życiu) z tym chłopcem, ze staruszką wpychającą się „na chama”, z mewami, na które patrzę już teraz z okna na dziesiątym piętrze i myślę o tamtym napisie, który jednak był w lepszym porządku: FRUZIU, KOCHAM CIĘ.
© Bogusław Kierc