Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Ostatni etap korekty Niemożliwości Piety przeprowadzam ze stacji naukowej PAN-u w Paryżu na rue Lauriston 74. Mieszkam niejako w obręczy dwóch ulic – rue Kleber oraz rue Poincaré, obręczy, którą skutecznie rozwiązuje dopiero Place du Trocadéro. Pokój szósty, w którym sypiam i pracuję, architekci wyróżnili dostępem do szerokiego balkonu, PAN-owscy najemcy kamienicy zaś – widokiem na plakat przedstawiający Witolda Gombrowicza (1969-2019). Droga do mojego pokoju prowadzi tuż obok sali konferencyjnej im. Tadeusza Kościuszki (ja sam o Oldze Tokarczuk i Josephie Conradzie będę mówić jutro piętro niżej, w zdecydowanie najokazalszej sali obiektu: Politechniki Świętokrzyskiej). Na ścianach w równych odstępach całego piętra rozmieszczono rysunki Antoniego Zaleskiego do fabuł Mickiewicza – rozpoznałem, tak mi się wydaje, wszystkie: Konrad Wallenrod, Pani Twardowska, Trzech Budrysów. Idealne miejsce na stypendium pisarskie, o którym marzę. Mało tego, doskonałe lokum dla literackiej kreacji, choćby i – świetne do wykorzystania w nieoczywistym syllepsis. Pierwsza marzycielska myśl: umieścić tutaj, czyli na rue Lauriston 74, epilog Niemożliwości Piety, szybko pierzchła. Skupiłem się z powrotem na samodyscyplinie. Uznałem, że najlepiej rytm paryskiej autodiscipline wyznaczy Głos Pana Lema. Sczytałem nad ranem drugi rozdział, poprzedziwszy Lemem korektę pomiędzy piątą a siódmą, pomiędzy siódmą a dziewiątą, czyli przed początkiem seminarium French Conrad Society, zamierzam ruszyć w miasto.
„Gombrowicz półwieczny” – powiadamia mnie, wraz z brzaskiem, napis widoczny z wysokości mojego balkonu. Kapitalny homonim (czy mógłbym napisać: fenomenalny?). Jak dobrze wiadomo, w polszczyźnie różnicujemy rzeczowniki „wiek” oraz „wieczność”, jednak nawet mimo to – trafiają one do wspólnego cudownego koryta prostolinijnego przymiotnika „wieczny”, znaczącego zarówno zdroworozsądkowego „wiekowego”, jak i szaleńczego „odwiecznego”. Dla mnie „Gombrowicz półwieczny” z okna balkonu na Lauriston 74 oznacza przede wszystkim „Gombrowicz półodwieczny”. A jak wytrawnie można by to wyrazić oraz „obsłużyć” po parysku – Gombrowicz demi éternel albo i jeszcze lepiej: Gombrowicz demi intemporel. A czemu by nie demi perpétuel, tak, jak gdyby był nie stabilnym pisarzem, ale ciekłym już spermatikoi odwiecznej substancji piszącej, momentem, w którym piszące, nieskończenie wielokrotne, hylemorficznie materializuje się w jednokrotnym, w pisarskim? A otóż to – hyle demi intemporel.