Wiersze. Wracam do nich każdego dnia. Kasuję, wyrzucam. Bez zająknięcia, zarozumiałości. Ślad. Lekka smuga dymu. Odrobina białego popiołu. Tyle pozostało po mchu, oceanicznych kwiatach, dolinach, zalesionych górach, klifach, jakichś szuwarach. To mnie w jakiś sposób definiuje i formuje od jakiegoś czasu, kiedy przepadam i niechętnie rozmawiam o przepychu wielosylabowych słów. Oczywiście możesz się ze mną nie zgadzać, ale jaki to ma sens, kiedy z własnej woli odchodzę od siebie i wracam w lekkich liniach akwarelowych kredek? Albo w przecieranych tłach w kolorze indygo, z rozłożystym drzewem za murkiem, na które wspinamy się latem i robimy zdjęcia sąsiadom? Z własnej woli izoluję się od nadmiaru, szczodrości ludzi.
© Małgorzata Południak