W czasie snów i cieni większych ode mnie, oddychających jak zwierzęta, przeszło coś przez podwórze, kiedy spałam.
Mówiło, nie mówiło, rozdzielało dźwięki na podobieństwo słów, kto rozumiał, krył się czym prędzej za starym budynkiem z cegły.
Rozpoznałam to muzealne obejście rolnicze, czynne cały czas.
Wewnątrz, w izbach pamięci, stały przedmioty sztuki ludzkiej, ubiory, naczynia, talizmany, obrotowe posążki mężczyzn, kobiety uginające się, fanatyczne dzbanuszki lejące na ziemię wodę życia.
Odciśnięte na piachu podwórza ślady stóp, a właściwie podeszew butów z napisami: savage, savage biegły szybko, gdyż dotykanie ziemi snu zakłóca zwykły tryb życia.
© Marta Zelwan