nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES, W bezrękawniku na wietrze

2019-03-16 21:43

Czuję dość dojmująco, jak zatoczony zostaje okrąg. Jest rok 1982 i Stanisław Barańczak (myślę, że sprowokowany; sprowokowany, ale nie rozsierdzony przez Jadwigę Sawicką) pisze swoją Zemstę na słowie, drapieżną interpretację Balu w operze Juliana Tuwima. Co do tego ruchu się przyczyniło? Przede wszystkim – pospieszny sąd wzmiankowanej, że Tuwim nadaje się na doskonałego, nieformalnego patrona pokolenia lingwistycznego, więc między innymi – i jego samego. Nie, w żadnym wypadku nie. „Tuwim nie potrafił nigdy w swojej poezji dotknąć rzeczywistości, żeby się tak wyrazić, gołą dłonią, nie obleczoną w magiczną rękawiczkę onomatopei czy rytmu”, peroruje w 1982 roku Barańczak, rezonując Błońskim, który rok wcześniej w tekście Epifanie Miłosza (czy tylko ja to dostrzegam?) pisał: „Miłosz nie kocha duszy świata, ale jego skórę”. A więc kochanek skóry świata kontra ulubieniec, faworyt swojej dźwiękowej rękawiczki?

Słowo w Balu w operze jest laleczką voodoo, którą przekłuwa się ze wszystkich możliwych stron, aby znienawidzona rzeczywistość puściła w końcu najprawdziwszą krew. Tuwim jest w oczach Barańczaka logocentrycznym barbarzyńcą, który nie rozumie, że słowo nie oznacza rzeczywistości i że nie musi odpowiadać swoim życiem za rzeczywistości „ludobójstwa”. Ale czy nie to samo dzieje się wówczas, gdy w 2007 roku Julia Hartwig w wierszu To mówią udokumentowane staje przeciwko summa summarum – w jednym zbiorze – Miłoszowi, Felliniemu, Iwaszkiewiczowi? „Fellini mówi: jestem kłamcą / Miłosz mówi: jestem złym człowiekiem / Iwaszkiewicz mówi: wiem, że moje dzieło jest przemijające / gdyż nie może być podstawą żadnej wiary”. I dalej, z biegiem nurtu: „Kiedyś nie dowierzano przechwałkom / Teraz powątpiewamy w prawdę samooskarżeń / Wiemy że prawda niedostępna jest również w rejonie zwierzeń”.

Nie wiem, kto dał Hartwig i Barańczakowi prawo sądu estetycznego tak, jak nie wiem, kto – w ich przekonaniu – dał Tuwimowi, Miłoszowi, Felliniemu czy Iwaszkiewiczowi – nikczemny wzór bycia bezprawnym. W tej niewiedzy pójdę dalej, mając poczucie, że Hartwig mówi oskarżająco także do mnie, i nic z tym zupełnie nie robiąc: cóż, jeżeli ona, to i Barańczak poskazywali mnie na szafot, chociaż skazującego głosu tego drugiego od wielu lat już nie słyszę. Wiem też, że takich, jak Tuwim, Miłosz lub Iwaszkiewicz – choć reprezentuję tę samą stronę rzeki – po prostu nie obchodziłbym. Smuga. Radosna odwaga w bezrękawniku na wietrze – bez dotykania którejkolwiek z burt.

© Karol Samsel