Kwiecień-plecień... Ni to wiosna, ni to jesień… Wczoraj nawet spadł grad. Kilkadziesiąt sekund, ale fakt jest faktem.
A ja miotam się pomiędzy wydanym ostatnio tomikiem, a tymi, w których dłubię od czasu jakiegoś.
Dłubię, bo znów szukam nowej formy, nowych słów. Herbert, Szymborska – ciągle pisali tym samym rozpoznawalnym językiem. A ja uparłem się szukać i zmieniać...
Przeskoczyć Szymborską i Herberta? Raczej nie. Przeskoczyć samego siebie – z każdym nowym tomikiem się zaskoczyć, samego siebie zadziwić.
Może tędy droga?...
© Zbigniew Wojciechowicz