7 września, Smoleńsk, 1
Zmęczenie rosyjską mową i tutejszym światem. Otwieram oko na chmurę jak atrament. Kilka myśli przelatuje, ale żadna nie osiąga krystalizacji. Tu życie pozbawione jest zapachu. Ma w sobie krzepkość kobiety od kilkunastu lat sprzedającej na ulicy Твардовского w Smoleńsku kilka warzyw ze swojej działki. Żadnego zysku, ale wiele życia przesiedzianego pośród innych.
Zwalam swoje nogi na podłogę i ruszam do ablucji. Na śniadanie z D. kawałek czarnego chleba, twaróg, kefir i kawa z hotelowego ekspresu. D. wspomina swoje przygody w Baku. Gadamy o tym i tamtym. Pijemy czwartą kawę w oczekiwaniu na samochód do muzeum Michała Glinki w Новоспасское, 130 kilometrów od Smoleńska. Nie mnie się pchać swojego tyłka poza rogatki Smoleńska, który kusi szarością. Zagapiamy się, bo to my mieliśmy podejść na uczelnię. Lekko spóźnieni witani przez asystująca nam studentkę.
© Maciej Wróblewski