nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Tomasz Majzel Święty spokój

Karol Samsel Autodafe 9

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

MACHNIĘCIA, Dziennik i nocnik szczawnicki 11

2017-09-06 14:27

8 września 2016, 1

W nocy obudziłem się i na mgłę grubą popatrzyłem. To zapowiedź dobrej pogody. Budzę się przed 8 i myślę. Układam dzień wedle różnych sposobów. Ciągnie mnie w góry. Ale nie dla widoku i innych delicji, ale dla odczucia własnego ciała. Nie potrafię bez tego się obejść. Nie wiem jak można bez tego żyć – maszerowanie,, bieg, wspinaczka nie są istotne ze względu na cel, ale ze względu na odczucia. Mnie żaden widok na trzepnie tak mocno, jak urwana z wysiłku noga. Jak zmęczenie do zabicia w sobie tętna, jak zepchnięcie cholernego ciała na granicę wytrzymałości. Nie, nie jestem aberratorem, nie jestem emocjonalnym paralitykiem. Muszę jednak dla sensu życia namaścić się czasem tyranią samocielesną. Potem przychodzi ulga i zaraz smętna myśl, że to już koniec, że dalej moje nogi, stawy, mięsień dwugłowy nie wytrzymają, że zaraz odezwie się prawe kolano i trzeba będzie oszukiwać się przed bólem. Wciągam elastyczne gacie, których nie lubię, biegówki i na dół nad Grajcarek. Jedna rundka: widać sprzątających dość niemrawo, strzygących trawnik i pierwszych kuracjuszy drepczących do pijalni. Szurgot Grajcarka zostawiam za sobą i na chwilę zatrzymuję się przy tablicy upamiętniającej Szalayów. Obok chłop sprzedaje zasuszone owoce, rydze i kierpce. Teraz muszę gnać pod górę do hotelu. Prawe kolano nawala. Ciągnę jakoś jakoś. Kaczki w ministrumieniu przy Sienkiewiczu. Pierwsze krople potu spływają na oko, ocieram, wesoło mi. Pcham się w górę.

© Maciej Wróblewski