Jeśli założyłbym sobie, że prawdziwie mogę się utożsamiać z jakimś moim ja, to – istotnie – ono zawsze jest byłe, „poprzednie”. Nawet, jeśli pojawiło się („objawiło się”) przed sekundą i zostało „uchwycone” jako „moje” ja.
Pstrzę cudzysłowami te zdania, niebezpiecznie nadużywając niepewności, eksponując niewyraźność, która mnie w pewnym sensie konstytuuje jako osobę.
W jakim sensie? Afirmatywnym. Przychylam się ku takiemu niewyraźnemu byciu sobą, bo umożliwia mi odosobnienie od siebie. Ale przecież gdzieś tam jest to ziarenko, wokół którego krystalizują się te bycia mną, czyli sobą.
Nie wiem, czy bycie mną jest równoznaczne z byciem sobą. Mną jest obszerniejsze od sobą.
Kiedy „myślę sobie”, owo obszerniejsze „mną” (które zwykłem nazywać „mnością”) myśli „dla” tego „sobą”. Tak też poniekąd staje się o – s o b ą (żartobliwie mówiąc). Na krótkotrwałe, migotliwe teraz.
© Bogusław Kierc