Bazgroląc kiedyś dla Składacza Modeli Latających, nie myślałem, że sam będę kiedyś tak nazwany. Znakomita Znawczyni rozmaitych moich wygibasów (artystycznych) tak mnie określiła i chętnie się z tym określeniem prawie że utożsamiam. Prawie że – bo częściej wydaję się sam sobie rodzajem „stacji przekaźnikowej”. W dziewiętnastym wieku może użyłbym pojęcia „medium”, albo radykalniej – uznałbym siebie za „bioplazmę” wypromieniowującą to, co jej „wyspecjalizowane” narządy i narzędzia są zdolne wyartykułować.
To, o czym tu napomykam, nie jest wyłącznie domeną poetów i innych – wszelkiej maści (i mości) – artystów. Wystarczy przypomnieć sobie opowieści o symptomach dolegliwości przekazywanych lekarzom (pierwszego kontaktu). A intymność spowiedzi? Zwierzamy się ze swoich prób złożenia Modelu Latającego? Modelu siebie?
© Bogusław Kierc