Siedzę naprzeciw dwojga wybitnych pisarzy. Są małżeństwem. Nie konkurują ze sobą. Ich indywidualne osiągnięcia nie muszą się konfrontować. Podano kawę. On sięga po moją, bo wydało mu się, że to jego. Ona go ostro strofuje. On tłumaczy się pokornie. Ona wypomina mu jego nieuważność. On zwraca jej uwagę, że „eksces” nie wart jest takiej reakcji. Nie mam odwagi włączyć się w ten – coraz bardziej wariacki – ich dialog. Ona używa coraz śmielszych epitetów, jakby moja obecność się anihilowała. Świadomość, że mam przed sobą dwie wspaniałości europejskiej literatury nie blaknie, ale naiwnie nie potrafię przyjąć faktu, że do kogoś tak znakomitego jego (nie mniej znakomita) żona może się (z byle czego) tak ordynarnie odnieść. Ja przecież znam ich język. Zakończyła połajankę wyzwiskiem, które można by po polsku oddać enigmatycznie jako „pieprzony kretyn”. Zarumienił się. Ja też.
© Bogusław Kierc