Ugniatany czułymi dłońmi masażysty, myślę o masażyście mojej duszy, o Aniele Stróżu. Nie teologicznie, ani denominacyjnie. Rzekłbym: ontologicznie, osmotycznie. Jak nacisk jego dotykającej obecności regeneruje i konserwuje moją duszę. A myślę nie o sobie, ale o innych „ja”, nie mających umocnienia w wierze. Bo chyba i tak odczuwają tę subtelną obecność masażysty, utwierdzającego ciało w jego byciu, a to znaczy: w jego rozmaitych wymiarach wtopienia w kosmiczne obroty ciał niebieskich, które czuję pod naciskiem mocnych dłoni tego masażysty, przywracającego mnie mojemu ciału, będącemu duszą żyjącą.
© Bogusław Kierc