Dzień w dzień, a właściwie noc w noc, przebywam w mocno nasyconych strefach snu, bez prześwitów świadomości, że chyba śnię, bo żadnego „chyba”, ani „oniryzmów” w tym nie ma. Rzeczywistość konkretnie szczegółowa, zdarzenia poddane praktycznej „wykonalności”; tyle że wielu ludzi, których spotykam i sporo „miejsc akcji” nigdy wcześniej nie widziałem i z niczym – wcześniej przeżytym – mi się nie kojarzą. Miejsca są wyjątkowo piękne.
I przyrodniczo i architektonicznie. Często towarzyszą mi osoby najbliższe, także te, które dawno zmarły, ale ich „miniona” śmierć nie podważa prawdziwości życia. Większość tych snów ma sens miłosny. Mógłbym o nich mówić: moje miłosny.
© Bogusław Kierc