nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

WĘDROWNICZEK, Rośnięcie

2018-08-21 13:53

Zacząłem rosnąć. Bez kontroli. Najpierw spuchła mi głowa. Była wielkości dojrzałej dyni. Potem dłonie zamieniły się w łopaty. Towarzyszyło temu obfite wydzielanie się potu. Bałem się o stopy. Co będzie, gdy zaczną się pocić? Ale nie. Stopy nie zostały dotknięte tą – nie będę ukrywać – chorobą. Siódemka jak była, tak była. Za to tułów wydłużył się jak teleskop. Zmierzyłem się. Metr dziewięćdziesiąt siedem, dwa metry pięć, dwa piętnaście.
Zadzwoniłem do znajomego lekarza, chirurga. Przyszedł ze skalpelem i narkozą.
– Nie bój się, zaraz będzie po wszystkim.
Nadciął głowę, dłonie, tułów. W przebłysku świadomości pomyślałem – jakim prawem patroszy mi części mojego, nie da się ukryć, ciała. Poczułem klapsa na lewym policzku.
– Już po zabiegu. Możesz przejrzeć się w lustrze.
Wpadłem do przedpokoju, obejrzałem dłonie, tułów, głowę. Były takie jak dawniej. Zmierzyłem się. Metr siedemdziesiąt pięć. Jak dawniej.
– Dziękuję ci za pomoc – powiedziałem znajomemu lekarzowi.
– Drobiazg. Musisz tylko coś zrobić z tymi papierami.
Rzuciłem się na stertę książek, która – daję głowę – nie leżała przedtem na dywanie. „Astronomia” Rybki, „Sonety” Szekspira, „Mdłości” Sartre’a, „Prolegomena” Kanta – czego tam nie było.
– Skąd to się tutaj wzięło? – chciałem zapytać lekarza, ale on już wyszedł.
Nie pozostało mi nic innego, jak ułożyć książki na półce. Po drodze spojrzałem w lustro. Z ucha wychylał się skrawek gazety.
(1985)

© Marek Czuku