Jest coś, co odróżnia nas od siebie, kiedy nie pamiętam słów. Jakaś niejasność, wyblakła i lekka, tli się w tyle. Schematy poparte statystykami. Autoironiczne uśmieszki, chwile zabawne i cierpkie. Jest w nich tyle sensu, ile w przeświadczeniu o nieśmiertelności prawdy. I zawsze przychodzi jakiś znawca bukowskich romansów, heroinistów, lekkich słów o miłości. Przychodzi i próbuje wrobić mnie w poetycką prozę. W rewolucję zaczynającą się od płomiennych fraz na każdą chwilę, gdzie liryzm banalizują kwestie zasadnicze. I tak zostaję wyrobnikiem. Obiektem. Pozbawiona gniewu, warstw i zachwytu.
© Małgorzata Południak