Wyobrażam sobie szczęśliwych ludzi. Dzieci wspinają się na ich kolana, tam w górze, bardzo im się podoba. Kiedy dorosną, zobaczą, że wszystko wygląda inaczej. Pomyślą, że ktoś to pomieszał, sierpień z październikiem, góry z morzem, dzień z nocą, a nawet białe z czarnym. Rano słychać jedynie śpiew ptaków. Szykuję się do wysłuchania całej masy bzdur i obiecuję sobie, że zanim wrócę do domu, strzepnę je z ramion. Staram się być w górze. Obracam się wtedy w niknącym świetle. Przyglądam migoczącym refleksom w nadciągającym zmierzchu.
© Małgorzata Południak