nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES, Menażeryjność

2018-11-01 21:43

Czy historia i krytyka literatury mogłyby stać się kolekcjami osobliwości? Osobliwości, pragnę to podkreślić, a nie anomalii. Czy kanon literatury światowej może być kanonem sensu stricto menażeryjnym? Wiem, że to nadużycie, jednak nasuwają mi się na myśl słowa Wisławy Szymborskiej, wypowiadane skądinąd na zupełnie inną okoliczność - te dokładnie o przedkładaniu piekła chaosu nad piekło porządku. Ale jak uczynić filologię rozumnym i odpowiedzialnym, czułym i sprawiedliwym - piekłem chaosu? Ośmielam się podejrzewać, zakładać - że nie chodzi tutaj jedynie o zastępowanie ortodoksji wiedzy jej heterodoksją (czy heterodoksja notabene jest odświeżaniem ortodoksji przez jej pomniejszanie, rozbijanie, zdrabnianie?). Nie chodzi też z drugiej strony o anarchizację wszelkich dostępnych nam narzędzi poznania poprzez literaturę.

O co więc idzie? Może o rodzaj kantowskiego przewrotu kopernikańskiego w filologii? Gdyby - idąc tu za Szymborską - postawić obok siebie Norwida jako obywatela filologicznego piekła porządku oraz - filologicznego piekła chaosu. Podobnie do tego uczynić z Conradem, Żeromskim, Różewiczem, Wojtyłą, Tkaczyszynem-Dyckim, zwłaszcza tym późnym, od Kochanki Norwida i Nie dam ci siebie w żadnej postaci? Co mianowicie uzyskalibyśmy? Jeżelibym ja dokonał tych dwóch autointerpretacji z samego siebie - tak, aby posiąść prawo szczególnego, wyróżnionego obywatelstwa w dwóch filologicznych piekłach naraz - czy to ćwiczenie samoświadomości doprowadziłoby mnie choć nieco bliżej klinczu dwóch zwalczających się filologii? Czy raczej - doszedłbym mimowiednie do granic metodycznego szaleństwa?

Menażeryjność jako chropowaty, odrapany, pokancerowany rewers kanoniczności w literaturze? Tak, bardzo bym tego chciał, wydaje mi się to dojrzalsze i wypełnione choć w odczuwalnej części wolnością wypowiedzi. Złośliwi powiedzą - ot, utopijne marzenie zaciągnięte aż po granice parodii nienowym zapachem z Ferdydurke czy wręcz z Gombrowiczowskiego Dziennika. Nie mam nic przeciwko nim, tak jak nigdy nie miałem niczego przeciwko zoilom ani klakierom. Muszą robić swoje i muszą działać ogłuszająco. Jednak - warto chyba pamiętać o czymś, co przypadkiem zupełnie przy nadarzającej się okazji nazwałem intertekstualnością stopnia zero. A zastanawiałem się wówczas nad sylwetami polskich pisarzy obecnymi w Kochance Norwida jako figury wyobraźni: Ginczanką, Kraszewskim, wreszcie Norwidem.

No właśnie figury czy więżniowie metaliterackiego teatru marionetkowego kuriozalnego podmiotu czynności twórczych? Czy nie jest to taka właśnie intertekstualność? Tak charakterystyczna dla naszej współczesności, obecna silnie, ale transparentnie - tradycja literacka stopnia zero - a ta buduje twardą, osobliwą powłokę, o którą niechybnie się rozbijemy, jeżeli nie rozeznamy na czas właściwości jej tkanki, cech materii, z której została niepochwytnie złożona.

© Karol Samsel