Czytam książkę „Komedianci. Rzecz o bojkocie” w opracowaniu Andrzeja Romana i Mariana Sabata i mam wiele gorzkich przemyśleń na temat bojkotu jako szachu na własne dzieło, autosabotażu, a w szerszej perspektywie — vanitatywnej pułapki na twórczość. Nie jesteśmy nieśmiertelni, mamy wyznaczony nam czas, wyznaczony sobie czas ma również czytelnik, względem którego posiadamy zobowiązanie, i to przede wszystkim służebne, literackie, nie polityczne. Bojkot, gdy jest toksycznym mitem, jest iluzją niezależności, nieumiarkowaniem sumienia, chciałoby się powiedzieć: „nieumiarkowaniem sumienia w jedzeniu i piciu”, sumienia, które grzeszy przy pomocy narzędzi takich, jak bojkot: dobre sumienie wie, że nie można posiadać żadnych narzędzi na własność, zwłaszcza „narzędzi oporu”. Nasz opór nie należy do nas, należą do nas nasza służba i nasz dialog, stąd winni jesteśmy naszą służbę siłom zewnętrznym, wkraczanie z kolei — na teren produkcji niebezpiecznych mitów na temat relacji artysta i władza oraz możliwości samobójczego uderzania w politykę kulturalną zostawmy amatorom, którzy cenią relację z życiem, nie literaturą i tylko nikt nie rozumie, po co zajęli się pisaniem, skoro tak bardzo kochają życie. Historię piszą wygrani. Należy oddzielać emocję od namiętności, a literaturę mają pisać wygrani, bo przy pomocy literatury należy wygrywać, przede wszystkim nad sobą — więc rozumieć makiawelizm, psychoanalizę, wallenrodyzm, czyli te wszystkie rzeczy, których Polacy nie rozumieją. Wyobraźmy sobie zresztą, że Wallenrod wraz z Halbanem oddają się pokusie bojkotu. Rezygnują więc z całego skomplikowanego uwewnętrznionego życia, tj. zabijają się od środka. Po „Konradzie Wallenrodzie” Mickiewicz zaczął obumierać: bojkot okazuje się najbardziej toksycznym mitem literatury polskiej XXI wieku. To nie tylko — rezygnacja z życia uwewnętrznionego, ale również uzewnętrznionego. Uważam wręcz, że społeczeństwo bojkotu oddaje się dobrowolnie na łup przemijalności. Zdolne zająć jedyną możliwą pozycję, często wygasa: to samo spotkało bojkotujących artystów 1981 i 1982 w momencie transformacji ustrojowej: coś w nich umarło — a niewystarczająco uzasadniony bojkot jest mumifikacją darów życia i twórczości... Cały słownik współczesnej cywilizacji oparty jest na słownictwie piętnującym tych, którzy polityce bojkotu się nie poddają, więc słowa „lojalizm”, „koniunkturalizm”, „oportunizm” znaczą to, co znaczą. Jednak proszę mi wierzyć, można by bez trudu stworzyć dla kultury całkowicie przeciwstawny słownik, taki, który stygmatyzowałby paranoję bojkotujących — traktujących bojkotowanie jak narkotyk, obsesyjnie postrzegających wszelką twórczą rzeczywistość w jednej tylko kategorii relacji artysty z władzą: jakże często ta obsesja łączy się z nieudolnością, wypaleniem, nudą oraz dekadencją w aspekcie własnego pomysłu na twórczość. Powiem więcej, niewystarczająco uzasadniony bojkot pozostaje zawsze czymś niewłaściwym w wymiarze wiecznym — jest zwycięstwem moralności cechowej nad sferą, którą po nietzscheańsku powinniśmy zwać intymnym obszarem poza dobrem i złem, do którego dostęp zyskuje tylko nasz czytelnik (udostępnianie mu tej sfery jest naszym najważniejszym artystycznym obowiązkiem — tak właśnie uważam, tak pojęty nietzscheanizm to nasz głęboki etyczny obowiązek...).
Uzmysławiam sobie pogardę, która mnie trawi, może właśnie pogarda spala mnie od środka? Do kogo czuję pogardę? Czuję pogardę do wszystkich, którzy wybrali życie — a zwłaszcza do tych, którzy życie wybrali świadomie, a więc świadomie odrzucili literaturę w znaczeniu środka ostatecznego, literackiego radykalizmu, literackiego finalizmu... Chyba nie rozumiem, jak można być finalistą. Nie rozumiem, jak można świadomie wybrać życie i podobnie inkwizytor, inkwizytor Dostojewskiego, nie rozumie, jak można świadomie — wybierać życie i odrzucać religię. Uzmysławiam sobie finalny sens słów „Czuję pogardę do wszystkich, którzy wybrali życie”. Wygląda na to, że gdyby literatura była krematorium — gdyby wartości absolutne lub wartości czyste były swego rodzaju krematorium, gardziłbym ludźmi, którzy wybieraliby życie zamiast wybierać krematoria. W tym porównaniu jednak chodzi również o to, by literaturę wyobrazić sobie specyficznie: może być autodestrukcyjna, jednak nie może być niesamozachowawcza. Literatura jest dla mnie stanem, w którym — autodestrukcja zostaje doprowadzona do granicy samozachowawczości, jest to zatem — samozachowawcza autodestrukcja. Tylko pod pewnym szczególnym względem więc gardzę tymi, którzy rezygnują z krematoriów — i wierzę w kreatoria... W moim świecie wybiera się gaz, uznaje się gaz za symbol apokatastazy. Mógłbym napisać książkę, „Proszę państwa do literatury”. To ważna świadomość, która uświadamia mi, jak bardzo, jak intensywnie i jak głęboko — przepełnia mnie pogarda. To klimat jak z Moravii i z Dostojewskiego... Jestem człowiekiem pogardy: jestem wcieloną moralnością pogardy, jednak — przychodzę do tej świadomości „post factum”, rozumiejąc, że już mnie nieodwracalnie zatruła, co znaczy, że ewentualne dobro, które mógłbym przynieść na Ziemię, rozłożyło się za życia — i jest już zjełczałe, bezużyteczne, szkodliwe w całej pełni swoich autentycznych intencji. Pragnę tu powiedzieć może tyle przede wszystkim, że nie rozumiem, jak po zniesieniu granicy między życiem a literaturą, po ukazaniu więc, w ten właśnie sposób, że pełnia literatury jest realnie możliwa — jak można by wybrać życie i pełnię życia. Uważam to za co najmniej tak samo oburzające, co — aborcja... „Dlaczego pozostaje pan w związku z osobą bez matury?” — odbieram w 2026 roku dokładnie tak samo, jak w 1968 — „dlaczego przyjaźni się pani z Żydówką?”. „Moją Żydówką” jest, jak wskazuję w „Praktykach” przy różnych okazjach — trzydziestosześcioletni mężczyzna bez matury, pochodzący z Poznania... Karol Samsel — patron literatury naprężonej jak tarcza i wyciągniętej jak gumowa pałka. Tarcza w formie zegara, wiersze jako „the rubber baton alarm clocks” — budziki gumowej pałki: „gumowy impresjonizm” jako „gumowy liryzm”: zastanawiam się, czy iść po południu na Wigilię Wielkanocną.
A jeśli „Prima” to jedynie facecjonistyka? „Autodafe 1-9” to także facecjonistyka? Czy nie do tego usiłuję przekonać czytelnika? Do patosu facecji, do akceptacji czegoś nie do pomyślenia w wymiarze klasy i smaku — akceptacji facecjonistycznego „sacrum”? Facecjonizm to styl zachowania językowego, styl zachowania literackiego, równie głęboki jak ironizm — jednak niedający się sprowadzić do jednowymiarowości kampu. Dobrze pomyślana oraz zrozumiana ironia, w sensie „bardzo głęboko literackim”, to wpuszczenie światła, facecjonistycznego — światła, między ludzi. Czy zdołam przekonać czytelników do czegoś innego, co chciałbym nazwać facecjonistycznym impresjonizmem? Hipokryzja w środowiskach intelektualnych manifestuje się modą na wymuszoną różnorodność, którą następnie się nadinterpretuje — uznając w niej coś więcej niż jest, niekiedy ośrodek oryginalności, niekiedy wręcz ośrodek wymuszonego oporu... Ta wymuszona różnorodność w rzekomych granicach smaku, od współczesnych hipokrytów, zdaje mi się dużo bardziej kampowa niż moja facecjonistyczna metafizyka. Urządzić się w życiu to jest czysty kamp, ustawić się w życiu to także jest czysty kicz, a stąd biorą się tak niewydarzone pomysły, jak urządzić się oraz ustawić się w literaturze, co jest — czystym absurdem laików niemających niczego wspólnego ani z filozofią, ani z filologią... Należałoby może sobie w końcu uświadomić czas i miejsce, w którym żyjemy: żyjemy w świecie po końcu prasy, końcu literatury, po końcu uniwersytetu, końcu filmu, po końcu muzyki, po końcu twórczości, po końcu kompozytorstwa — to świetnie uzasadnia metafizykę moralności, a więc wszystkie facecjonistyczne pomysły naszej wyobraźni, także religijnej. Pozwala żyć własnym indywidualizmem bez żądzy uśmiercania otoczenia, po co bowiem uśmiercać to, co i tak pozostaje już całkowicie martwe...
© Karol Samsel